Relacje z imprez

Australia cz.3

Następnego dnia zmieniliśmy nieco plany i pojechaliśmy do miasteczka Port Hedland. Słoneczna lampa od rana, pustkowie bez cienia i perspektywa 200-stu kilometrów szutrówką, bez możliwości zjechania z niej choćby na postój śniadaniowy, spowodowało że zechcieliśmy zaczerpnąć pełną garścią cywilizacji. Klimatyzowanego centrum handlowego, sklepu z winem, a później okazało się nawet, że i WiFi się znalazło, i odwiedziliśmy dwie galerie malarstwa aborygeńskiego, i kupiliśmy trzy obrazki, że o przechadzce promenadą przyportową i zadumą nad robotniczym charakterem miasta nie wspomnę. Znaleźliśmy tu inne społeczeństwo niż w miastach południa stanu. Dużo więcej Aborygenów, właśnie takich zepchniętych przez białą cywilizację na margines. Większość białych stanowiła klasa robotnicza, z utytymi żonami i hałaśliwą dzieciarnią na metry. Szurający klapkami, śmierdzący przepoconą, sztuczną odzieżą, spacerujący między regałami sklepu jak czołg na manewrach, z twarzami wyciosanymi siekierą drwala, nalanymi nadmiarem prostej konsumpcji. Ci spokojni, kulturalni, biali jak papier, z wysmakowanymi manierami i inteligentnymi twarzami, odziani z klasą, poruszający się jak hrabia na raucie, z pewną dozą nonszalancji, rezerwy i braku celu, jednym słowem bogata warstwa społeczna z Perth… takich widzieliśmy w Port Hedland ledwie kilku.
Byliśmy zadowoleni z postanowienia zmiany planów. Wszyscy źle spaliśmy, pływając we własnym pocie, łapiąc powietrze jak ryba na piasku plaży. Tomek nawet zafundował sobie saunę w nocy. Rozbił namiot na nagrzanej słońcem ziemi, a ona oddała co miała w sobie prosto w jego dupsko. Następnego dnia podłożył sobie śpiwór pod matę, jako izolację termiczną, ale i tak wychodził z namiotu by postać jak kołek w bushu, licząc na najdelikatniejszy powiew wiaterku. Nasz azyl to Delikutas i jego klimatyzowane wnętrze. Przez tą klimę trudno się nam przyzwyczaić do ukropu i duchoty. Wychodząc ze sklepu człowiek ma ochotę od razu zawrócić. Ale jutro już wyjeżdżamy na północ, do rejonu nieco chłodniejszego.
Wjechaliśmy na słynną ‚eighty mile beach’ i mieliśmy nadzieję na liczne kąpiele. Ale to jest Australia, wszystko opłotowane, teren prywatny wzdłuż całej plaży aż do Broome. Są tylko trzy, czy cztery zjazdy szutrówkami do kampingów, na szczęście Australusy pozwalają takim biedakom jak my, wykąpać się na plaży przy kempingu, a nawet potem obmyć w słodkiej wodzie. Więc nie jest tak źle jak w Chorwacji, ale „już nie ma dzikich plaż, na których…”. Oczywiście wszędzie nastawiane jest kupę znaków ostrzegających przed krowami, kangurami, strusiami, żółwiami, kolczatkami, roadtrainami, albo ‚nie jedź dalej jeśli jesteś zmęczony’, ‚zawróć i zatankuj, bo następna stacja jest za 291km’, ‚uwaga na węże’, ‚strzeż się krokodyli’, ‚zanim się wykąpiesz zadzwoń do rangera i zapytaj czy ostatnio nie widziano w tej okolicy rekina’, a o meduzach nikt nas nie przestrzegł i trochę nas poparzyły, znaczy Tomka głównie. W Australii, zanim zechce ci się wykąpać w jakiejś wodzie, lepiej się zastanów czy warto. W Azji nigdy mi to nie przychodziło do głowy.
Ale mimo tylu zagrożeń czyhających na statystycznego Australijczyka w bushu, zachowują radość życia i eksponują ją nawet przy użyciu kolorowych sprayów. U nas wypisują jakieś bohomazy na ścianach, a tutaj uśmiechnięte buźki na brunatnoczerwonych termitierach. Albo zakładają im stare kaski z kopalni. Więcej wandalizmu wydziałem w północnej Skandynawii.
Te parę dni drogi między parkami Karijini i Kimberly, wypełniła nam jazda w spiekocie przez znowu nudny krajobraz, płaski jak stepy kazachskie. Każde zwierze, żywe, czy przejechane przy drodze, witaliśmy z radością zmieniającą usypiającą nudę w otrzeźwienie. Wcześniej, kiedy jechaliśmy drogami prowadzącymi do kopalń, gdzie ciężarówki kursują częściej, można było liczyć w dziesiątki rozbite krowy na poboczu. Ciekawe jak jest postrzegana ‚droga’ w mentalności społecznej kangurów, czy krów? Może jak dla nas wyrok na spotkaniu z lekarzem – ma pan raka.
Teraz, na głównej i jedynej łączącej północ z południem stanu Zachodnia Australia, ruch prawie zamarł. Czasami można czekać godziny na jakiś samochód. Zastanawiam się jak tu jest realizowany dowóz towarów konsumpcji, może statkami. Aby sobie uzmysłowić izolację od cywilizacji tej części Australii, należy porównać kontur Europy, od Uralu do Portugalii, z konturem Australii, w tej samej skali oczywiście. Wyjdzie na to, że Europa jest mniejsza. A stan Zachodnia Australia to prawie połowa Australii, 8.48 razy większa od Polski, cała jej zachodnia część. I biegnie przez ten stan, wzdłuż wybrzeża tylko jedna droga, tak pusta jak wcześniej opisywałem. Jeszcze w latach ’90-tych wszystkie mosty były budowane na tej drodze, na szerokość jednej ciężarówki, bo rzadko się zdarzało aby dwie się spotkały jednocześnie na moście. Druga droga asfaltowa biegnie wzdłuż południowego wybrzeża stanu, a cała reszta to pustynia i parę terenowych szlaków.
A jeśli o szlakach mowa, to Iwona lubiąca szperać i kolekcjonować foldery turystyczne, natrafiła na reklamę szlaku dla samochodów terenowych – ‚Warlu Way’. Można nim podążać, zaliczając po drodze większość ważnych dla lokalnych Aborygenów miejsc. To nie są zabytki sakralne, jak na szlaku ‚de compostella’, ale dla bardziej wrażliwego na walory przyrodnicze i energii w tych miejscach osadzonej, może to być ciekawa alternatywa do tych wszystkich znanych szlaków, jakie prawdziwy, polski podróżnik zaliczyć powinien. Ja stawiam ten szlak na szczycie listy dróg australijskich ‚do zaliczenia’. ‚Canning stock’ stawiam na dużo dalszej pozycji.
Mija kolejny dzień i dojeżdżamy do Derby. Takie małe miasteczko pierwszych założycieli cywilizacji australijskiej. Mają tu baobabca wielkiego jak dom. Baobab rośnie jak butelka, tylko że tyje na starość. Im więcej wody zgromadzi tym grubszy się staje. Ze swojej struktury bardziej przypominają palmy niż nasze drzewa. Trudno określić ich wiek, bo nie mają takich słoi przyrostu jak na przykład dąb. Są puste wewnątrz, jak moja butelka po winie. Ten pod Derby, służył podobno kiedyś jako więzienie dla transportowanych skazańców. Wciskali ich do środka, połączonych łańcuchami z obręczami na szyjach i stawiali strażnika przy dziupli. Taka australijska legenda. Kawałek dalej są resztki betonowego basenu, w którym kąpali się pierwsi pionierzy po robocie. No… może ten zaszczyt przysługiwał tylko panom obszarnikom.
Miasteczko Derby już nie przypomina tych z zachodniego wybrzeża Western Australia. Zaczyna się przedmieściami, nędznymi domkami z dykty, już nawet nie z blachy falistej. Postawione są w większości na niskich, tak półmetrowych, na oko, palikach. Konieczna jest obszerna weranda i składowisko różnorakiego złomu dookoła. Na widok zezłomowanych Land Cruiserów wzbiera we mnie jakaś dziwna emocja, coś między litością, a nienawiścią. Na tyłach miejsce na barbekowanie. Północ jest gorąca cały rok, więc mieszkańcy z upału są jeszcze bardziej powłóczyści w ruchach, jak muchy topione w miodzie. Szuranie wielkimi klapkami, luźne, wiszące odzienie i sporej wielkości luz, taki kleisty i natrętny jak pot spływający słoną strugą do oczu w tym dusznym klimacie, luz do spraw które północnych Europejczyków stawiają na baczność. Aborygusy śpią na trawnikach pod wielkimi baobabcami i wyczekują czternastej. Wtedy otwierają monopolowy. Wpadają do niego minutę później i z pamięci wiedzą, na której półce stoi piwo albo wino w promocji. Mnie z Tomkiem zajmuje kilka minut znalezienie promowanych napojów, a oni od razu celują i do kasy. Gdyby się można było z nimi dogadać, to zamiast szukać liquier shop, pytać od której jest otwarty, wystarczyłoby złapać Aborygusa na trawniku i wypytać o wszystko. Gdzie dziś promocja i na co. Z ich powodu, na północy nie sprzedają wina w kartonach, czasami wino sprzedają od 17-stej, czasami nie wolno kupić więcej niż dwie butelki dziennie w jednym sklepie, czasami spisują cię z dowodu jeśli kupisz flaszkę alkoholu mocniejszego niż 14%, a czasami sklepu z alkoholem w mieście brak, bo nadopiekuńcza władza miejskich włodarzy, chce dbać w ten sposób o kondycję emocjonalną swoich, bardziej wymagających, czy upośledzonych na silnej/słabej woli, podopiecznych. Tabliczka w stylu ‚Aborygusom wstęp wzbroniony’ nie przystoi nowoczesnej cywilizacji zachodniej. Wszyscy jesteśmy równi, mamy równe szanse, ten sam wybór i każdy jest na wagę złota. Jakie to przyjemne myśleć w ten sposób o sobie samym. Na takim układzie zdrowie zyskują nie tylko Aborygeni, ale i polscy pijacy, tracąc jednocześnie nerwy i kredyt sympatii dla lokalnych Australobiałasów.
Przyjezdny z Europy nie tylko nerwy może stracić. Równie szybko traci się dobre samopoczucie, gdzieś pomiędzy językiem, a paskiem od spodni. Gdyby australijskie kobiety były nijakie jak Indonezyjki, to można by ich nie zauważać i w ogóle na ten temat nie mówić. Ale rodowite Australijki są brzydkie i na dodatek zaniedbane. Męskie oko wykręcają i męski język zniechęcają do nawiązywania niezobowiązujących konwersacji. Nawet przeszkadzają. Rdzenni, są jeszcze gorsi. Oczywiście, jak to bywa w przyrodzie, czasami piękno wybuchnie jak gejzer na Islandii, w jednym egzemplarzu, ale to raczej nie poprawia humoru na codzień.
Wjeżdżając do dystryktu Kimberly, wjechaliśmy równocześnie w rejon działań krokodyli i komarów. Krokodyle jedzą ludzi, a ludzie w zemście jedzą krokodyle. Każdej z frakcji taki układ smakuje. My na razie zagustowaliśmy w kangurach. Statystyka wypadków z krokodylami, rekinami, płaszczkami, meduzami, wężami, pająkami, jest taka, że tysiąc razy bardziej prawdopodobne jest uczestniczyć w wypadku samochodowym. Ale takiej trywialnej śmierci nikt sobie nie prognozuje. Natomiast krokodyli boi się nawet twardziel. Krokodyle wykluczają kąpiele, chociaż turyści i lokalni mają swoje miejsca zdatne do tego w sezonie mokrym. My przyjechaliśmy pod koniec przedłużającego się sezonu suchego. Na południu Australii zima była bardzo mokra i zimna, a na północy niezwykle sucha i gorąca. Z tego powodu zarząd parków przyrody postanowił zamknąć przed czasem wszystkie parki, a prywatni właściciele ziemscy, na których włościach znajduje się wiele atrakcji turystycznych, poszli tym samym śladem. Podobno było zbyt sucho i natłok turystów groził pożarem bushu.
Trzeba tu napisać o specyfice rynku turystycznego w Australii, jaki nie jest nam, Polakom w ogóle znany. Otóż ziemia w Australii, w większości należy, lub jest dzierżawiona przez prywatne firmy. Jest to podyktowane tradycją anektowania ziemi w imię króla/królowej, za czasów kolonialnych. Tylko nieużytki i tereny pozbawione bogactw naturalnych, oraz parki przyrody, są państwowe, znaczy po naszemu niczyje. Reszta jest opłotowana, wjazd jest reglamentowany, płatny, ograniczony. Może nie strzelają do nachalnych off-roadowców jak w Ameryce, ale nie jest przyjemnie robić wbrew grzecznym prośbom. Australia to nie Syberia, tutaj nie można łatwo znaleźć dzikiego noclegu, trzeba często długo się zastanawiać gdzie pojechać na poszukiwania, gdzie udostępniono miejsce dla darmowego noclegu, trzeba mieć odpowiednie mapy z zaznaczonymi miejscami postoju, dostępnymi dla ogółu drogami. Powstają interaktywne aplikacje na nowoczesne telefony, które gromadzą informacje od użytkowników i serwują je turystom. Znaleźć drogi kemping jest łatwo, większość z nich jest fantastycznie wyposażonych, położonych, z pięknymi widokami i wspaniałymi udogodnieniami, czasami są tańsze niż w Polsce. Znaleźć dobry, dziki kemping jednak nie jest łatwo. Australia to cywilizowany, zachodni kraj, gdzie rządzą przepisy, a zasady są restrykcyjne wobec podróżujących darmozjadów.
Jednak darmozjady z Polski nie są w Australii często spotykane. Dlatego lokalesi zabezpieczanie się przed tą plagą, nie traktują zbyt poważnie. Polski darmozjad podróżniczy potrafi zaskoczyć lokalnego przedsiębiorcę na przykład skorzystaniem z basenu na kempingu, ale nocowaniem w krzakach, kilometr od kempingu. Banderole papierowe na rękę, dla opłaconego kempingowicza to żadne zabezpieczenie. Taką banderolę się odkleja z jednej ręki i zakleja na klej biurowy na drugiej ręce. Albo na stacji paliw zatankuje parę litrów paliwa i czuje się taki w prawie aby ukraść rolkę papieru dupnego z toalety, czy cukier, lub sól z baru, w zależności od zapotrzebowania, że o tankowaniu wody z kranu na trawniku, czy wręcz myciu sobie włosów pod kranem, między dystrybutorami z paliwem, nie wspomnę. Normalną rzeczą jest korzystanie z WiFi na trzy-cztery komputery z jednego hasła. Podbieranie ulotek z centrum informacji turystycznej, nocowanie na krzywy ryj, na parkingu gdzie nocowanie jest wzbronione. I tym podobne praktyki. Z okazji naszego współpasażera – Tomka, pojawiły się nowe, jeszcze nie zabronione, bo nie rozpoznane przez rangerów, strażników przyrody, machinacje. Taki Tomek, w poszukiwaniu chłodnej ziemi pod namiot, by w nocy nie czuć się jak kotek na rozgrzanej, australijskiej, falistej blasze, potrafi rozbić namiot na betonowym stole pod wiatą dla turystów, albo w kiblu, bo chłodniej.
Ale idźmy dalej. Wjechaliśmy samotnie na słynną Gibb River Road, biegnącą przez dzikie tereny Kimberly. Skoro zamknięto wszystkie kempingi i hotele, parki i atrakcje przyrody, to sezon turystyczny uznano za zamknięty. Ludzie mieszkają tu cały rok, a krowy w ogóle nie zauważają zmieniających się pór roku. Ale nie przeszkadza to reklamować turystom tej drogi jako niedostępnej, po sezonie zamkniętej, najtrudniejszej do przebycia drogi w tym rejonie Australii. Jadąc o tej porze roku na drogę Gibb River można się spodziewać monsunowych deszczy, metrowego błota, dwumetrowej wody w rzekach bez mostów, komarów, samotnych, wystraszonych krów na poboczu, ale na pewno nie będzie much. Muchy się skończyły jak paletką elektryczną uciąć. Ale tylko na trzy dni. Kiedy wyjechaliśmy ze strefy zakazanej, niedostępnej, wprost w wiatr dujący z pustyni, suchym, gorącym jak z pieca wiatrem… muchy wróciły.
Normalnie, w sezonie od kwietnia do października, kręci się tutaj sporo samochodów terenowych z turystami. Miejsca na kempingach trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, a pod jedyną stacją mechanika i wulkanizatora, ustawia się kolejka. A on kasuje 150zł za wymianę opony, bez wyważenia i bez montażu do samochodu. My drwiliśmy sobie z ostrzeżeń, a już pierwszego dnia rozcięliśmy tylne koło. Musieliśmy kupić drogą, nową oponę u miłego pana wulkanizatora, który cudem boskim jeszcze miał otwarty garaż po sezonie. Kolejnego dnia rozcięliśmy kolejną oponę.
Słów kilka o słynnej Gibb River Road. Jak na warunki australijskie to szutrówka średniej jakości, w sezonie suchym bez trudności off-roadowych. Gdyby porównać tą drogę do szlaków północnej i środkowej Azji, to autostrada, wspaniałej jakości, przejezdna dla każdego rodzaju pojazdów, od niskopodłogowego autobusu poczynając, a na Kamazie kończąc. Nawet główne drogi szutrowe na Syberii w założeniach inżynierów planistów nie mogły być tak doskonałej jakości. Wzdłuż tego szlaku jest sporo miejsc usankcjonowanych jako miejsca kempingowe, darmowe i dziesięć razy tyle dzikich miejsc noclegowych w bushu.
Jadąc tutaj marzyłem o lesie deszczowym, wspaniałych pejzażach, wstędze czerwonej drogi przecinającej gęsty australijski bush, tętniący życiem dzikiej zwierzyny. Jak zwykle myliłem się. Kimberly to pastwiska dla krów wielkich oligarchów australijskich, przetykane jak nędzna kasza kilkoma skwarkami, średniej urody krajobrazem skalistych wzniesień porośniętych karłowatym lasem eukaliptusów i z rzadka baobabcami. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że jeśli przyjechać do Australii jako turysta, z ubogim portfelem, by oszczędzać na helikopterach i transporcie lotniczym, to zbyt daleko, jak na takie atrakcje wizualne. Na szczęście my jesteśmy podróżnikami i mamy także inne potrzeby. Tu jest ładnie dla tutejszych mieszkańców, ale dla Europejczyków, to zbyt wysoki koszt odległości do przychodu przyjemności. W tym Polska jest podobna do Australii, nawet dla Francuza. Mimo, iż nie widzieliśmy głównych atrakcji Kimberly z bliska, zobaczyliśmy je na folderach i filmach w centrach informacji turystycznej. Wiemy co straciliśmy i wiemy co byśmy zyskali, dysponując szmalem na wycieczki helikopterem. To najlepszy środek transportu w tym rejonie i najlepsza perspektywa oceny piękna tutejszej przyrody. W Kimberly jest także mnóstwo szlaków off-roadowych pomniejszej rangi. Aby je wszystkie zobaczyć trzeba tu spędzić sporo czasu. My zwiedziliśmy tylko główną Gibb River Road i kawałek drogi w kierunku na Kalumburu. Australijscy turyści cenią sobie bezpośredni kontakt z przyrodą, jak każdy naród mający tej przyrody w bród. Lubią długie wycieczki w plener, zakończone koczowaniem przy jakimś bilabong, jeziorku, nijakiej urody. Zupełnie jak Sybiracy lubią rybałkę i 400 kilometrowe szlaki w błocie, aby dotrzeć na ulubione miejsce w dziczy. Kimberly jest stworzone dla takich turystów. Jednak Europejczyk raczej łaknie czegoś innego.
Oczywiście znaleźliśmy swoje smaczki w Kimberly, zapomniany w bushu kemping, ze sparciałą liną przewiązaną do gałęzi nad zieloną żyburą pełną krokodyli, aż się prosi aby wykonać ostatni skok. Ciche, posezonowe stacje paliw, kempingi. Porzucone, dobre felgi z rozdartymi oponami w rowie. Ale to co najgłębiej dotknęło moją duszę to setki kilometrów nudnej, niezmiennej, wymagającej uważności szutrówki. Otoczenie zmienia się tylko w szczegółach, zauważalnych dla niezmordowanego upałem obserwatora. Taka esencja drogi naprzód… jak na Syberii. Jest w tym coś nieodgadnionego, nienazwanego nawet przez znamienitych, amerykańskich naukowców, takie surowe, instynktowne pożądanie kolejnego kilometra, zakrętu, ruchu naprzód. Żyję w tym naście lat. Siedzę w tym pięć razy dłużej niż w domu, ale nadal istota tej rzeczy wymyka się moim zmysłom poznawczym. Czytam opinie innych i widzę w nich osobiste wynurzenia, a ciągle brak wzoru, jednego mianownika zdolnego w nawis uchwycić wszystkich uzależnionych od ‚drogi’. Czuję, że nie będę odkrywcą tej teorii wszystkiego, podróżniczego.
Na deser, po słynnej Gibb River Road, oprócz rozciętej opony na osiem kilometrów przed asfaltem, czekała na nas El Grotta. Wspaniałe miejsce na nocleg. Szczyt góry, gdzie wiatr rozgania duchotę i komary, a w dole rozpadlina skalista, jak potężny rozstęp na skórze Ziemi. W sezonie mokrym spływa doń piękny wodospad, a na dnie kilkudziesięciometrowego kanionu jest jezioro. Czegóż chcieć więcej? Można chcieć więcej. Tomek zafundował nam pobyt na kempingu nad jeziorem Argyle, z basenem, z widokiem na piękne skały schodzące w zachodzącym słońcu do niebieskiej toni jeziora. Krawędź basenu przelewa się wodą w… jakby przepaść, w dół do jeziora, widzianego z wysokości około stu metrów. W basenie jest orzeźwiająco i można spotkać włosko/hiszpańskie cielęcinki. Jaki to przeskok z katafalku betonowej ławy, stołu na parkingu przy drodze?! Koszt kempingu w takim wspaniałym położeniu, to 51zł za osobę. Nawet jak na Polskę to tanio. Znam kempingi nudne jak flak, gdzie ludzie z Warszawy przyjeżdżają co rok, na dwutygodniowe wakacje i mają z tego radość. A tu… człowiek rozluźniony wodą po ścinającym białko w mózgu upale, chciałby wypłynąć z basenu poza krawędź, jak jakiś żuraw, albo przynajmniej perkoz i skoczyć w bezdenną przepaść, w niebieskość jeziora. Zawsze uważałem, że świat ludzi których stać na takie atrakcje, jest bogatszy w doznania. Tomek od razu znalazł jakieś cielęcinki. Jedna z Włoch, druga z Hiszpanii. Na tle australijskich kobiet jakie widujemy na naszym szlaku w outbacku, w supermarkecie, czy na stacji benzynowej, zabłyszczały jak diament na kupie żwiru.
Tego wieczoru poszły zdjęcia i opisy na facebooka. Naszła mnie wieczorem pewna refleksja. Takie działanie jest niezgodne z najpowszechniejszą zasadą koegzystencji w prawie wszystkich wspólnotach społecznych od zarania ludzkości, a mianowicie ‚nie czyń drugiemu co tobie niemiłe’. Niemieccy naukowcy dowodzą, że częste spoglądanie do facebooka powoduje choroby układu krążenia, wpędza w stany depresyjne, niszczy dobrostan psychiczny. Spoglądający automatycznie porównuje siebie, swój stan posiadania, swoją pozycję społeczną, możliwości wakacyjne i nabywcze, z tym co prezentują inni, a inni chwalą się jak tylko potrafią, zupełnie tak jak my dzisiejszego wieczoru. Czynimy więc innym co nam niemiłe, na dodatek mam świadomość tego, że lansują się ci, którzy mają kompleksy.
Parę godzin wcześniej odwiedziliśmy znużone w upalnej senności Wyndham i wielkomiejskie, jak na warunki tej części Australii, Kununurra. Zażyliśmy cywilizacji, WiFi, wszelkiego wodopoju, od paliwa dla samochodu, powietrza dla kół i nowej opony za 564zł, po wodę do naszych spragnionych gardeł, wino dla duszy i jadło dla żołądka. Tym razem nie udało się nam zakupić tanich warzyw. W Australii, jak w każdym kraju zachodnim, gdzie roboczogodzina rolnika jest droga, jego płody i produkty też są drogie jak diabli. Zupełnie bez porównania do polskich cen. Nam pozostaje dreptać między regałami i szukać żółtych karteczek z ceną, oznaczających promocję, albo wyprzedaż. Nie kupiliśmy także mięsa z kangura, a zasmakowaliśmy w takim jadle. Udało się nam parę dni temu w Port Hedland i zjedliśmy skoczka ze smakiem. A smakował coś jak nasza dziczyzna.
Kununurra zwiedziliśmy dość dogłębnie w poszukiwaniu tanich opon. Najdłużej jednak siedzieliśmy w centrum informacji, bo tam jest darmowy internet, a potem w supermarkecie Coles. Wielki parking przypomina raczej jakieś afrykańskie miasteczko. Śmieci przegania wiatr, obdrapane Toyoty snują się szukając miejsca, a brudne ściany podpierają Aborygeni. Są tak czarni, że w kontraście z palącym słońcem, trudno odczytać ich wyraz twarzy. Okupują krawężniki i trawniki w cieniu baobabców. Trochę śmiecą, mało hałasują, no może bardziej aborygeńskie dzieciaki. Koczują, wyczekują, może pory otwarcia domu zapomogowego, albo alkoholowego, a może po prostu spędzają tak czas, jak my spędzamy natrętne muchy sprzed oczu. Much z każdym dniem ubywa, gdzieś znikają, lecą dokończyć swego nędznego, przez nikogo nie lubianego żywota, gdzieś w odosobnieniu, albo odlatują na lato do Afryki, na zasłużone wakacje. Nas cieszy ich znikanie, siatka na kapelusz już prawie się nie przydaje, nie trzeba też wpadać i wypadać z samochodu jak sportowiec, aby muchy nie zdążyły przedostać się przez śluzę drzwi. Coś się zmienia na lepsze. Przychodzą burze, wieczory są mocno zachmurzone, czasami spadnie lichy deszcz, albo walnie piorun, tak jak dzisiejszej nocy. Ale ziemia jeszcze nie cieszy się porą deszczową, nadal jest sucho w korytach rzek.
Następnego dnia wyruszyliśmy z powrotem na zachód, do Broome, skąd Tomek ma odlot do Polski za trzy dni. Na powrót trafiliśmy do Kununurra, a Iwona wyczytała coś o parku Hidden Valley. Można tu wpaść na godzinę lub dwie, pospacerować pomiędzy skałami, wspiąć się na niejedną, aby spojrzeć z góry na piękno australijskiej przyrody. Skały tutaj jak potężne grzyby, jaja, kupy osypującego się rumowiska, oczywiście czerwonego koloru, tworzą labirynt kanionów, a turysta skacze po płaskich płytach jak smażona ryba na rozgrzanej patelni.
Główna asfaltówka okrążająca zapomniane ostępy Kimberly, to co widzieliśmy na Gibb River Road, następnego dnia wydała się mi nawet ciekawsza od Gibb River Road, bardziej zróżnicowana, częściej skupiająca nasze obiektywy na otoczeniu ciekawych gór i wąwozów. Na początku kręciliśmy serpentyny pomiędzy monumentalnymi wzniesieniami, rozczochranymi na szczytach czerwonymi skałami. Potem było długo nudno i dojechaliśmy do mieściny Hals Creek. Chyba więcej tu Aborygenów niż białych. Mają ciekawy, wiejski sklep IGA i centrum informacji z internetem, a niedaleko, zakopany w ziemi skalny płot białego kwarcu, zwany tutaj China Wall. Parę godzin później wpadliśmy w krajobraz dna morskiego, tu zwą go Devon Landscape. Osypujące się w szerokie doliny klify płaskiej pustyni, wypełnione skalistymi, ciemnymi ostańcami. Na koniec dnia dotarliśmy na przedmieścia Fitzroy Crossing, do parku Geiko. Zanocowaliśmy pod płotem, w krzakach, bo na terenie parku, nie wolno.
Wcześnie rano wyruszyliśmy na krótki szlak trekingowy do parku Geiko. Zwykle pływa się tutaj motorówką wycieczkową za 50AUD/osoba. Z oczywistych względów wybraliśmy spacer w porannym skwarze i tropikalnej duchocie. Rzeka Fitzroy, odbija się tutaj od wapiennej ściany, długiej na kilka kilometrów. Kiedy zaczynają padać deszcze, Fitzroy zbiera prawie całą wodę z zachodniego Kimberly i wciska ją pomiędzy dwie takie proste ściany skalne. Poziom wody potrafi się wtedy podnieść o 26 metrów, ale to na krótko. W parku Geiko woda stoi cały rok. Tworzy długie jezioro rynnowe, a w niej można znaleźć sporo ryb. W okolicy parku znaleziono sporo skamielin prehistorycznych stworów. Bo Australia kiedyś była dnem morza.
Jeszcze przed południem, zmordowani spacerowaniem w tropikalnym klimacie, wskoczyliśmy do samochodu, w kokon orzeźwiającej klimatyzacji. Chmury powoli zbierały się na deszcz, który spadł dopiero wieczorem i następnego dnia. Tutaj monsun ma inne oblicze niż w Indiach. Ma lepsze oblicze. Chmury długo zasłaniają palące słońce, a deszcz przychodzi powoli i na dłużej. Pojechaliśmy najpierw do miasteczka Fitzroy Crossing, zatankować paliwo. To mała mieścina z jednym sklepem i dwoma stacjami paliwowymi, na głównym szlaku transportowym. Więcej radości życia można znaleźć w podrzędnym roadhousie. Ale późnym popołudniem dojechaliśmy do nadmorskiego Broome.
Miasteczko było niegdyś słynne ze swych pereł i masy perłowej do wyrobu guzików. Potem zaczęto stosować plastyk, chociaż perłopławy nadal się tutaj hoduje. Z zachodniej plaży Broome, znanej dziś jako Kable Beach, kiedyś, jeszcze w erze przedkosmicznej, wypuszczono w ocean kabel telekomunikacyjny do Indonezji. Teraz Broome znane jest jako północno-zachodnio-australisjki kurort wakacyjny. Kable Beach to ładna plaża, z wielkimi pływami, falami dla serfingowców, promenadą wprost w piasku dostępną dla samochodów terenowych i wycieczek wielbłądzich dla turystów. Można też po tej plaży spacerować wiele kilometrów na północ, albo kilka na południe do skalnego cypla, gdzie w kamieniu odciśnięte są stopy jakiegoś dinozaura. Myliłby się ten, kto myśląc Broome, widziałby w wyobraźni Międzyzdroje. Tu jest Australia, takie kilkunastotysięczne miasteczka to nie kurorty z lazurowego wybrzeża, a nawet z wybrzeża Bałtyku. Mało tutaj ludzi, więc i biznes turystyczny jest na małą skalę. Broome przypomina raczej Ustkę, ale dużo jest od niej bogatszy i cieplejszy.
Broome może też być dobrym przykładem opisującym mentalność Australijczyków. Mówi się o ich prostym podejściu do życia, braku wyrafinowania w zaspokajaniu potrzeb konsumpcyjnych, otwartością i serdecznością wobec innych, miłości do natury, pomysłowości, bezpretensjonalności. Ale czy nie są w tym podobni do Amerykanów żyjących poza wielkimi aglomeracjami, albo Rosjan, czy Skandynawów? Wszyscy oni odczuwają na codzień presję przyrody. Czy to w przyjemny sposób, kiedy mają ją na wyciągnięcie nieskrępowanej zakazami ręki. Czy wtedy, gdy doskwiera im jej siła tajfunu, słońca pustyni, suszy, wody. Albo lęku przed nią, kiedy samotnie trzeba się zmierzyć z pustką na długich dystansach drogi, gdzie nie ma osad ludzkich, trzeba się wcześniej przygotować do tej drogi, nauczyć radzenia sobie w sytuacjach, dla Europejczyków z takiej Francji, nie znanych.
Gdzieś jest granica masy krytycznej ilości ludzi na kilometr kwadratowy przyrody. My w Polsce jesteśmy dużo powyżej tej granicy, ale Australijczycy są daleko poniżej. Rozrzedzenie osad ludzkich powoduje, że kontakty międzyludzkie stają się cenniejsze. Konkurencja międzyludzka na rynku pracy, miejsca do życia, znalezienia współpartnera życiowego, przyjaciela, jest dużo, dużo mniejsza niż w przeludnionej Europie. Dlatego Australusom łatwiej wykrzesać z siebie serdeczność, otwartość i życzliwość w stosunku do drugiego człowieka, niż takim Niemcom. Pozdrawianie kierowcy z przeciwka na pustej drodze to australijski standard, ale czy w Rosji jest inaczej, czy w USA ludzie spontanicznie nie uśmiechają się do obcych, nie nawiązują z nimi niezobowiązujących rozmów? Ale jeśli jest mało ludzi to i sklepów jest mało, jest niewiele sklepów specjalistycznych, zakupy przez internet są obarczone ryzykiem oglądania na ekranie, a nie dotykania ręką, oraz długim oczekiwaniem na przesyłkę i jej wysoką ceną. W Australii konsumpcja jest na o wiele wyższym poziomie niż w Rosji, ale i tak trzeba się godzić na te same meble przez wiele lat. Nawet jeśli masz pieniądze na nowe, to nie masz czasu albo chęci aby jechać po nowe meble cały dzień, lub dwa do stolicy stanu. Jeśli budujesz, remontujesz, a w twoim mieście, wiosce nie ma Baningsa, albo jest małą filią, to musisz zastępować specjalistyczne wyposażenie, narzędzia, materiały, ładne wyposażenie tym co jest w najbliższym sklepie. Musisz wykazać się umiejętnością przystosowywania, wykorzystywania powtórnego tych samych rzeczy, które zużyły się w innym miejscu. Używasz przez wiele lat tych samych sprzętów, samochodu, są stare, więc i zniszczone, łatwiej nie przejmować się ich wyglądem, drobiazgami, porządkiem. Dla wielkomiejskiego Europejczyka australijskie standardy można nazwać bałaganem, druciarstwem, staromodnym stylem, lenistwem, nie przykładaniem się do pracy, pokrywaniem australijskim luzem braku zaangażowania, niedbaniem o wizerunek, formę, czy chociażby o to co ludzie powiedzą, bo u nas konkurencja jest duża i trzeba się starać bardziej niż w Australii, aby być lubianym, akceptowanym przez środowisko, dostać lepszą posadę, znaleźć ładną żonę, wykiwać konkurenta. Niewielu analityków socjologicznych dostrzega aspekt masy krytycznej ilości ludzi na kilometr kwadratowy przyrody, może mieszkają w Europie i nie widzą siebie z dystansu Australii, a ta właściwość mocno stymuluje psyche społeczne.
My pożegnaliśmy naszego współpasażera – Tomka, odleciał do zimnych krajów, jak marokańskie bociany na wiosnę. Zatrzymaliśmy się za to w Broome u Jennay. Jest młodą osobą pracującą jako dietetyk. Poznaliśmy się przez wymianę dwóch maili, ale nie stanęło to jej na przeszkodzie, aby zaoferować nieznanym ludziom z internetu klucze do domu, hasło WiFi i wychłodzony klimatyzacją, luksusowy pokój z łazienką. Tego dnia kiedy przyjechaliśmy do Broome, kończyła pracę dość późno i nie chciała nas trzymać na chodniku przed domem. To jest właśnie australijskie zaufanie do nieznajomego, charakteryzujące również inne narody z przewagą przyrody nad człowiekiem. Następnego dnia coś tam bąknęła o tym abyśmy posprzątali jej ogród w zamian za zakwaterowanie i wyżywienie i dała nam 200AUD na zakupy, abyśmy kupili sobie co chcemy jeść. My za tyle potrafimy przeżyć trzy tygodnie. No więc już pierwszego dnia postaraliśmy się aby ogród zaczął przypominać ogród, a nie dżunglę na tyłach domu. Pani nie mogła wyjść z podziwu, że tyle można zrobić jednego dnia, zaprosiła nawet koleżankę aby podziwiała. Choć pot zalewał nam oczy litrami i mieliśmy wrażenie jakbyśmy łączyli siłownię z sauną turecką, zaspokoiliśmy nasze sumienie uciskane przez wdzięczność za luksus jaki nam Jenna dała w użytkowanie.
Dziś w przerwie między drugą, a trzecią butelką wody, dyskutowaliśmy z Iwoną o tym czym charakteryzuje się standardowy work&away, taki jak my pracownik za wikt i dach nad głową. Z pewnością nie ma cech Polaka na wakacjach. Jak się ktoś czegokolwiek dorobi w Polsce, to chce na wakacjach odpoczywać, a nie pracować, poza tym nie ma tyle dystansu dla siebie, nie chce czuć się znowu robotnikiem najemnym, jak wujek handlujący papierosami w Berlinie, na przełomie lat komuny. My to nazywamy ‚efektem biedy’. Naszym rodzicom nocowanie pod namiotem kojarzy się z biedą lat dawnych, a nie z fantazją podróżnika. Praca za mieszkanie, większości nowobogackim Polakom kojarzy się z wyjazdem do Norwegii na zbieranie jagód. Nie po to wypruwają żyły, omijają zasieki przepisów, aby wracać do tego co z przyjemnością pożegnali. Standardowy work&away powinien być młody, otwarty na nowe doświadczenia, chętny poznawania świata, nieuczestniczący w wyścigu szczurów na drabinie kariery społecznej czy zawodowej, zdystansowany do siebie, siebie niepoważnie traktujący, kontaktowy, z poczuciem humoru, radością życia, odporny na niewygody. A czy my z Iwoną do tego wzoru pasujemy? Raczej nie. Gdybyśmy mieli szmal na kemping, to nigdy byśmy w work&away nie uczestniczyli… i stracilibyśmy wspaniałe doświadczenie. Nie mamy na tyle czystego konta, aby nie odczuwać kompleksu z powodu naszej biedy w kontakcie z bogactwem standardowego, australijskiego Kowalskiego. Ale teraz, kiedy już poznałem zalety work&away, będę się tego trzymał nawet jeśli będzie mnie stać na hotel. Nie ma bowiem lepszego sposobu… no może praca na zlecenie zagranicznej firmy, za granicą… aby poznać od podszewki obcy kraj.
Australia Australią, ma swoje zalety, ale ma też wiele wad. Północ Zachodniej Australii zamieszkuje o wiele więcej Aborygenów niż na południu. W takim Broome nie trudno dostrzec popołudniem watahy wałęsających się Aborygusów. Zachodzą pod palmę, otwierają pierwszą flaszkę wina, skądinąd całkiem dobrego, sami takie pijamy i chwalimy. Australijskie wina mają zakrętki, aby Aborygusy nie pokaleczyli się korkociągiem. To taki mój osąd. Potem wyciągają z krzaków ukrytą kolejną flaszkę. Robią się głośni, wyluzowani ponad miarę, ale nie zaczepiają przechodniów, wchodzą w inny stan świadomości, skądinąd przyjemny, przeze mnie również doświadczany, ale nie codziennie. A kiedy domy wokół zaczynają im wirować w oczach, zamykają je, kładą się pod jakimś drzewkiem i czekają na Patrol. Taki busik wysyłany przez aborygeńską komunę, do zbierania aborygeńskich odpadków z miasta. Młode pokolenie szybciej się cywilizuje. Szybciej niż jakiekolwiek poprzednie pokolenie Aborygenów. Mieszkają między białasami, chodzą, ubierają się jak biali, chociaż wzory czerpią od czarnych z USA. Zaczyna się drobna przestępczość, już w wieku szkolnym. W Broome furtki przydomowe są zamykane na noc na kłódkę, nikt nie zostawia sprzętu ogrodowego na podjeździe, a dzieciaki swoich rowerów. Pod sklepem skutera wiąże się łańcuchem. Przed miastem wystawia się znak informujący o kieszonkowcach. Przypomina to już bardziej Europę. To inna rzeczywistość australijska niż w Perth.
Inną wadą Australii przypominającą Europę, jest mleko pasteryzowane. Tak jak u nas, tutaj nie wolno sprzedawać mleka prosto od krowy. Są jednak rolnicy zaopatrujący tych, którzy chcą się odżywiać zgodnie z naturą, bo o zdrowym żywieniu w przypadku krowiego mleka trudno mówić. Sprzedają swoje mleko jako zamiennik wody do kąpieli. Coś ala Kleopatra. Można w ten sposób obejść prawo. Wielu Australusów z średniej klasy ma ogródek za domem, a w nim grządki z warzywami i często także zagrodę z kurami i kaczkami. W ten sposób omija się horrendalne ceny warzyw, spowodowane idiotycznymi przepisami, mającymi dbać o wysoki standard zchemizowania żywności.
Żegnając Tomka na lotnisku w Broome, zacząłem się panicznie rozglądać za kolejnym celem. Coś się skończyło, jakiś etap naszej podróży. Już nie jest tak łatwo przeskoczyć do następnego. Tak jak młodzi ludzie są otwarci na wszelkie kierunki, mają wiarę w powodzenie, siłę na realizację zamiarów, tak my dwa miesiące temu z ufnością patrzyliśmy w przyszłość i przebieraliśmy w planach jak w ulęgałkach. Człowiek w średnim wieku jest mniej elastyczny w doborze nowych celów działania, jest świadom swoich ograniczeń, które nie pozwalają mu już angażować się beztrosko w ‚nowe’ tak jak młodemu. Stary zna życie, nie skoczy na główkę do nieznanej sadzawki, bo wie co może go spotkać, poznał już smak niepowodzenia. Młody skoczy i jeśli mu się uda, osiągnie sukces niedostępny dla starego. Ale po co ja o tym plotę? Ano na tym lotnisku w Broome, które wygląda jak średniej klasy dworzec autobusowy w małym, polskim mieście, poczułem się zagubiony w australijskiej rzeczywistości. Nigdy nie wierzyłem do końca w to, że uda mi się zrealizować któryś z nierealnych planów na Australię jakie miałem, ale trwałem naiwnie w wierze w powodzenie, jak ten młody skoczek na główkę. Teraz, kiedy jedno zadanie zostało wypełnione i trzeba brać się za kolejne, trudniej, jak staremu, lekkomyślnie rzucić się głową naprzód. Na szczęście życie potrafi mnie zmusić do kolejnego kroku ku nowej przygodzie. A co z tego wyjdzie… pewnie to co zwykle.
Broome ma bardzo przyjemną plażę, ale nie jest najwspanialszym miejscem w Australii. Spotkaliśmy Broomowczyka, który tęsknił za rodzinną Kununurrą – w Broome nie ma co robić – żalił się – u nas w Kununurra to można pojechać na ryby, na polowanie, są kumple od piwa, a w Broome to można co najwyżej pojechać na plaże i patrzeć na ocean. Nie przeszkodziło mu to jednak w naciągnięciu turystów na nędzą, używaną oponę za 235zł z montażem. Zdecydowaliśmy aby wymienić ostatnią sztukę, która po szutrach Kimberly groziła wybuchem. To stary, wytarty, szosowy Maxiss z lat ’90-tych. Kupiliśmy równie starą Kendę, ale z całkiem dobrym bieżnikiem AT.
Broome jest jeszcze nieprzyjemne z innego powodu. Co pięć minut widzi się tu radiowóz policji. Krążą i krążą. Byli nawet u nas, pytali czy nie widzieliśmy nic podejrzanego, bo pół godziny wcześniej ktoś się włamał do domu naprzeciwko. Późnym wieczorem obstawili jedną z ulic i reanimowali jakiegoś Aborygusa w kałuży krwi na jezdni. Nie dają spokojnie jeździć bez zapiętych pasów, jak w Perth. Na południu policji w ogóle się nie widuje. Za to na północy nie widuje się kartonów z winem, w monopolowych. Najdalej docierają do Port Hedland, a i tak już tam są dość drogie i ich sprzedaż jest limitowana. Skończyły się szczęśliwe dni wieńczone szklaneczką przedniego caberneta. Teraz wino to dla nas święto. Oprócz większego zagęszczenia ciemnoskórych, północ różni się jeszcze wieloma aspektami od południa Zachodniej Australii. Ceny w sklepach wiejskich są podwojone. Szutrówki są w dość kiepskim stanie, tak na poziomie syberyjskim. Jest o wiele mniej ludzi, dla nas jest przyjemniej, ale niektórym może brakować cywilizacji. Rzadziej spotyka się tutaj białych z wyższej klasy średniej, dobrze wyedukowanych i majętnych. Standardem ulicy, tak miejskiej, jak i wiejskiej są Aborygeni snujący się jak cienie, cicho i tanecznym, zataczającym się krokiem. Biali to głównie proletariat. Aby spotkać ludzi z wyższych sfer koniecznie trzeba wpaść na jakiś wernisaż aborygeńskiego malarstwa, mającego wspierać jakąś komunę aborygeńską w bushu, albo wyprzedaż biżuterii z perłami pod gołym niebem, ale za grube tysiące dolarów, czy spotkanie rodzinne przy okazji dnia Mikołaja, odzianego jak w Rovaniemi, tylko elfy w klapkach. Przy tego typu okazjach można łyknąć za darmo wina, albo przynajmniej chłodnej wody, a zagryźć kanapką, albo koreczkiem. Trzeba tylko umieć się wpasować w drętwą atmosferę, stać się niewidzialnym, albo wprost przeciwnie błysnąć europejskim sznytem. Australijczycy mają taki sam kompleks Europy jak bohaterowie filmów Woodiego Allena. Im bardziej organizatorzy starają się nadać swojemu konwentowi wzajemnej adoracji stylu wielkiego świata, tym szybciej odkrywają jego prowincjonalizm. Chcą kreować salonową, modną wyspę cywilizacji pośród bushu, a to wygląda sztucznie. Łatwiej byłoby budować coś na własnej, lokalnej tradycji, kulturze, klimacie i stworzyć coś swojego, w bardziej atrakcyjnej formie. Ale oni to przecież robią dla siebie, a tylko wielkiego świata im tu brakuje.
Dzielnica chińska w Broome postanowiła zarobić na zachodnim, świętym Mikołaju, a przy okazji zintegrować Broomowczan i zorganizowali, z wielką pompą, uliczny festyn. Była scena z występami śpiewaków i pokazy żonglerki, kino na wolnym powietrzu z tej okazji otwarło swoje podwoje za darmo, a zwykle każe sobie płacić 51zł za osobę. Ale głównie wystawiono kilkanaście obwoźnych barów serwujących wszystko co ciżba zapragnie, a sklepy z chińską tandetą sąsiadujące z jubilerami były otwarte do późna i miały klientów. Już o tym pisałem, że w Australii proletariat mieszka po sąsiedzku z biznesmenami, czarni z białymi, więc i jubiler może mieć za sąsiada sklepik z używaną odzieżą. Całość owinięto zgrabnie lampionami i świecidełkami, policja zamknęła ruch w małej, chińskiej dzielnicy, a stałych bywalców trawników wieczornych, w związku ze specjalną okazją dzisiejszego święta, nieco wcześniej wyekspediowano do slumsów.
Mnie głównie zatrzymało kino, którego ściany zdobiły stare fotosy i plakaty, a zakamarki, stare rupiecie, projektory sprzed stu lat. Kino bowiem kończy w tym roku równe sto lat. Jest zbudowane tradycyjnie, jak to w Australii. Szkielet ma drewniany, a obite jest z każdej strony blachą falistą, w wypadku tak starego obiektu, blacha jest cynowana, a nie cynkowana. Amerykańskie i australijskie, dawno przebrzmiałe i nieżywe gwiazdy uświetniały charakter tego miejsca. Czy oni wszyscy wiedzieli, że kiedyś, po śmierci, będą służyli nadal swoimi twarzami, jako fototapety, że ich sława w takich miejscach nie zgaśnie, wręcz przeciwnie, razem wespół, w zespół ze sławą takich starych kin, będą budować coś nowego w umysłach nas, te miejsca odwiedzających. Będą zapełniać taką małą szufladkę, wyłożoną czerwonym aksamitem, w ciemności jak z kina, w której przechowywać będziemy wspomnienia nas samych z lat, kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy ten czy ów film. Wczoraj, czy przedwczoraj, Kirk Douglas skończył sto lat. Ten twardziel o hollywoodzkim wyglądzie, całkiem dobrze się jeszcze trzyma. Ale akurat jego podobizny na ścianach kina w Broome nie znalazłem. Pewnie gdyby wiedzieli, że jest równolatkiem ich kina, to by jakiś jego fotos wygrzebali.
Do kina na moment wszedł czerwony jak flaga ZSRR, święty jak sam papież, bo też tak pstrokato ubrany, Mikołaj. Taki amerykański, bo prawdziwy. Oryginalny Mikołaj mówi po amerykańsku. Hollywood wiele szmalu włożyło w budowę wizerunku akurat tego świętego, a jeszcze więcej szmalu święty dla nich zarobił, więc na pewno akurat ten jest prawdziwy. Dzieciaki go natychmiast obstąpiły, a on jął podzwaniać wielkim dzwonkiem i hukać jak stary puchacz. Brzdące małe i duże bez trudu rozpoznały w nim prawdziwka. Nawet mamy i tatusiowie koniecznie chcieli zrobić sobie ze świętym, od grudniowego biznesu zakupowego, chociaż jedno zdjęcie, takie same jak rok temu.
Którejś soboty wyruszyliśmy ku następnej, nieznanej przygodzie. Kierunek wschód, tam musi być coś ciekawego. Niestety najpierw czekało nas prawie 700 kilometrów znanej już drogi do Halls Creek. Dotarliśmy tam w niedzielne przedpołudnie. Nocowaliśmy przy drodze, na parkingu z wiatami. Wieczór był burzowy, a noc deszczowa. Zrobiło się przyjemnie chłodno. Temperatura spadła w okolice 28st.C. Niestety deszczowa noc spowodowała panikę w biurze zarządu dróg i mostów, w Halls Creek. Zamknęli nam drogę do Alice Springs. Australusy bardzo dbają o bezpieczeństwo swoich obywateli, jeszcze by ktoś zakopał się na rozmiękniętej od deszczu szutrówce i kto by za to odpowiadał? Znak „closed road” oznacza też, że nie wolno nawet próbować przejechać. Coś na zasadzie nakazu zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodach. Gdyby chodziło o to aby samochody nie niszczyły rozmiękłej na deszczu szutrówki to by zamknęli ją dla ciężarówek, ale postawiono znak „closed for all trafic”. Rolą organów państwowych w cywilizacji zachodniej jest nadopiekuńczość, wyręczanie indywidualnego rozsądku. Ekonomiści widzą w tym statystykę pokrywania kosztów wypadków i grzmią na alarm. Łatwiej ograniczyć wolność jednostki, systemem zakazów i nakazów zastąpić przezorność obywatela, aniżeli go potem leczyć, czy wyciągać z błota za państwowe pieniądze. Łatwiej zdobyć popularność polityczną mamiąc plebs rozbudowaną strukturą parasola opieki roztaczanego nad obywatelem, aniżeli zmuszać go do myślenia, rozwagi, czy nawet rozumienia czegokolwiek. Na szczęście cywilizacja systemu zachodniego to nadal wyspy na świecie, reszta to wolna amerykanka. W Azji, nawet po poważnym deszczu, nawet jeśli droga spadła do rzeki w kanionie wiele lat temu, nikt nie zabroni wariatowi próbować przejechać. Mało tego taki, któremu się uda, zostanie lokalnym bohaterem, a w Australii co najwyżej zasłuży na politowanie i mandat 1800zł od koła. Jeśli masz cztery koła i wjedziesz na drogę z zakazem, z powodu jakiegoś tam deszczu, to płacisz 1800zł od koła. Jeśli oczywiście cię złapią. Drogi ostatniej kategorii, takie dla off-roadowców nie są objęte nadopiekuńczym systemem wczesnego ostrzegania o powodzi. Off-roadowiec sam musi ocenić czy warto ryzykować. Zaletą powiadomień o stanie dróg jest to, że kierowcy TIRów wiedzą jaką drogę wybrać, albo mogą przekalkulować ile stracą jadąc objazdem 500 kilometrów dłuższym.
Iwona zasięgnęła języka w miasteczku, pytając kogo popadnie. Najpierw napatoczyli się bogaci mieszczanie, którzy bez bardzo wyczerpujących informacji nas nie pożegnali. Napotkany pan oficyjer z biura zarządu dróg, udzielił jedynie zdawkowej informacji. Za to kierowcy trójniaka, znaczy TIRa z trzema naczepami, z pełnym, angielskim zaśpiewem wylewającym się wprost z wielkich brzuchów przez roześmiane usta, zapewnili nas, że skoro deszcz był tak mizerny, to jutro powinni drogę otworzyć.
Obawialiśmy się, że zamknięcie drogi może oznaczać, że w ciągu najbliższych dni, będą drogę testować, naprawiać, powtórnie potwierdzać zgodność jej kondycji z przepisami i wreszcie dopuszczać do ruchu. Ale na całej jej długości, mimo że biegnie przez pustynię, mieszkają małe grupki ludzi, głównie Aborygenów, a poza tym jest tam też wielka kopalnia, chociaż ta ostatnia bardziej jest powiązana z Alice Springs, aniżeli z Halls Creek. Za namową wylewnych Hallscreeczan pojechaliśmy 40 kilometrów, pod zakaz „closed road” inną drogą, nad sztuczne jeziorko w bushu, aby tam przeczekać w cieniu resztę dnia i noc.
Przez Halls Creek przebiega jedna asfaltówka łącząca Perth z Darwin, ale także zaczynają się tutaj dwie nędzne szutrówki. Jedna biegnie na wschód, w zasadzie nie ma celu w żadnym, większym mieście, ale łączy się z główną Sydney-Darwin, a druga, ta nasza, Tanami Road, łączy Halls Creek z Alice Springs i znowu główną Sydney-Darwin. Obie szutrówki zamknięto z powodu nocnych deszczy. Dziś jednak słońce praży, a my koczujemy w zupełnej pustce, 40 kilometrów od najbliższej cywilizacji, nad jeziorkiem, utworzonym przez zbudowanie małej tamy, aby zbierać wodę dla bydła. Polecono nam abyśmy się wykąpali w jeziorku, co uczyniliśmy. Skoro tubylcy mówią, że krokodyli nie ma, to znaczy nie ma.
Przypomniały mi się czasy wyznaczania trasy w Bośni, kiedy w każdej wiosce pytaliśmy, czy dalsza droga nie jest zaminowana. W zasadzie co z różnica czy się podskoczy na minie, czy krokodylus ukręci nam nogę, trzeba po prostu zawierzyć ludziom. Ale w jeziorku jest inne zagrożenie, ciche i skryte. Pływa sobie tutaj jakaś ameba zdolna wpełznąć do nosa człowieka i wędrować w górę, i w tył, nęcona jego myślami, i pasją podróżniczą. Jednak jej wycieczka może zakończyć się chorobą mózgu. Przestrzeżono więc nas przed zanurzaniem pod wodę nosa. Tak samo ostrzega przed tym tabliczka na drzewie, na plaży. Poza nami nikogo tu nie ma, droga główna, osiem kilometrów od nas jest zamknięta, więc kąpiele odbywaliśmy tak jak nas kosmiczna energia stworzyła. Mam tylko nadzieję, że ameba potrafi odróżnić nos od innej części ciała mężczyzny, którą chińscy tradycjonaliści silnie wiążą pokrewieństwem z nosem właśnie.
Mimo iż długo w noc toczyliśmy spory w którą stronę Australii teraz się skierować, jak spożytkować ostatnie pięć tygodni naszego tutaj pobytu, ranek przyniósł inne rozwiązanie, zaprzeczające decyzji jaką podjęliśmy dzięki zracjonalizowaniu wszystkich, możliwych planów. Na początku było nam wszystko jedno gdzie pojedziemy, teraz wybór się mocno zawęził, już się dowiedzieliśmy czego jeszcze po Australii oczekujemy. Jednak drogę Tanami rano otwarto, a informacje jakie otrzymaliśmy przez internet, dodatkowo nas zmotywowały, aby jednak skierować się na farmę bydła Mount Denison, w rejonie Alice Springs. Z racjonalnego punktu widzenia nie jest to dla nas dobry kierunek dalszej wycieczki, ale wszystko dookoła nas w tym kierunku popycha. Może tym razem nie warto iść pod prąd.
Patrząc wstecz, na te siedem tygodni w Australii, wszystko wydaje się być układanką, która nie może wyglądać inaczej. Każdy element ma swoje miejsce w czasoprzestrzeni, jego istnienie jest umotywowane kolejnym segmentem. Jedno z drugiego wynika i pięknie się jedno z drugim zazębia, jak tryby w skrzyni biegów. Patrząc wstecz, wydaje się, że nasza podróż nie mogła potoczyć się inaczej. A może to tylko złudzenie, brak możliwości zobaczenia, jak by to było, gdyby coś poszło inaczej. Pogląd fatalistyczny nie jest zbyt popularny. Nie lubimy być bezwolnym trybikiem. A często nie widzimy prostych zależności patrząc wstecz. Czasami przyczyna od skutku jest zbyt oddalona w czasie, czasami przesłonięta emocjami, albo naszym chciejstwem. W wypadku naszej Australii jest inaczej. Chcemy i łatwo się nam udaje dostrzec rękę losu, która nas prowadzi od pierwszego kroku za próg samolotu, przez labirynt możliwości. Co jest? Już drugi dzień plotę o siłach wszechmogących. Ale może to naturalne. W obliczu zderzenia z rzeczami wykraczającymi poza nasz sposób pojmowania, jak bezkres pustki pustyni, odwołujemy się do pojęć kosmicznych. Ja może bardziej widzę w tym ścieżkę, po której igła gramofonu biegnie wydobywając z drgań zapisaną wcześniej na winylowej płycie muzykę. Dla mnie bardziej oczywiste jest, że wszystkie losy, moje i całej reszty wszechświata, są już dawno ustalone, bo aby mogła powstać przestrzeń, musiała powstać dokonana cała linia czasu, a życie każdego z nas jest tylko jedną miliardową częścią nutki jaką igła gramofonu drgając wydobędzie z zapisu płyty. To tylko kwestia światopoglądu. Jeden wierzy w jakiegoś tam boga, inny w kapitalizm i wujka bankiera. Trzeba przecież jakoś to sobie wszystko tłumaczyć, aby znaleźć własną wartość.
Na szczęście nie znam zapisu winylowej płyty losów kosmosu i mogę się cieszyć złudzeniem wolnej woli. Bo nie wszystkie złudzenia są złe. Wybraliśmy kierunek południowo-wschodni, na pustynię Tanami. Szutrowa droga, wczoraj jeszcze zamknięta z powodu deszczu, dziś już kurzyła się w pełnym słońcu i ponad 40-stu stopniach. Powietrze zrobiło się suche, pustynne i żar nie przeszkadzał tak jak na północy. Pomyślałem sobie o tych, których straszono ogniem piekielnym, bo śmiercią już nie można było ich zmotywować do odpowiedniego działania. Gdyby im tak dmuchnąć w twarz wiaterkiem z pustyni Tanami, to bez problemu uwierzyliby, że nie jest dobrze skazywać się grzesznym życiem na wieki męczarni w piekle.
A Aborygusy żyją na tej niby pustyni. Zielona ta pustynia, chociaż krów coraz mniej, drzewek też. Bo źródeł wody już tu nie ma. Aborygeni mają tu swoje komuny, zbudowane przez białych. Zajechaliśmy do jednej z nich, aby uzupełnić paliwo za 6.9zł litr. Stację i sklepik prowadzi biały, więcej tego typu ludzi w małej wiosce nie widzieliśmy. Jest tu kilkadziesiąt domów. Każdy z blachy falistej, w nowoczesnym stylu, jak z Broome. Są otoczone płotkami, mają podjazd na samochód. Jest też wielki zbiornik na wodę, taka wieża ciśnień i… mrowie z trudem wałęsających się czarnych ludzi. Ale takiej rozpierduchy jak na aborygeńskich osiedlach to trudno szukać w Azji. No może gdyby wiatr nie zamiatał śmieci w kazachskich wioskach, a ludzie chodzili tam ubrani w pstrokate, sizalowe szmatki i śmierdzieli potem, to może… pozór upadku byłby podobny. Albo slumsy w Indiach… może.
cdn…

Więcej na www.kilometr.com


Podobne