Relacje z imprez

SIBERIA to the end – 2017 – cz.4

Nie uczestniczyliśmy w całym festynie. Pooglądaliśmy za to wystawkę ze starymi zdjęciami, okresu gułagów i laurkami wystawionymi co bardziej znamienitym obywatelom miasteczka. Taki pomysł na promocję regionu jest tu chyba powszechny we wszystkich pasiołkach. Wyjechaliśmy na nocleg, na przełęcz, a nawet powyżej, na szczyt, na który prowadziła karkołomna ścieżyna. Jeszcze zanim Słońce schowało się na zachodzie, za zamglonymi, szaro-pomarańczowymi szczytami, jak publiczność na widowni, usadzona rzędami, z wystającymi głowami zza ramion poprzedników… jeszcze zanim za te głowy wierchojańskie Słońce się schowało, już zza przeciwległej widowni gramolił się biały, prawie pełen Księżyc. Niebo było prawie czyste. Jedynie kilka chmurek rozścielało się jak pościel na łóżku Słońca, aby mogło się skryć za ich efemeryczny, podświetlony woal. Księżyc też miał kilka chmur do swojej dyspozycji. Nieśmiało gonił Słońce, karmiąc się jego ciepłem i blaskiem. Chował się jednak za chmury, nie do końca jednak, jakby tylko udawał skromność. Dla nas maluczkich, tym ciałom niebieskim zupełnie niepotrzebnym, ta odwieczna, niebiańska gonitwa służyła jedynie za impuls do przeżyć osobistych. Podwoiły się one, a nawet potroiły, kiedy Słońce ułożyło się już w swym łożu i całkiem usnęło. Widownia szczytów szarych gór utonęła wtedy w głębokim, prawie czarnym błękicie. To ten moment, kiedy w kinie muzyka przycicha i decydują się losy bohaterów na srebrnym ekranie. Kiedyś, kiedy jeszcze wolno było ćmić pety w kinie, widownia tonęła w dymie i blasku ekranu. Tak jest właśnie teraz przed moimi oczami. Głowy szczytów gór toną w jakiejś szarości, ziarnistości powietrza, które przesycone jest niebieską poświatą Księżyca, już dumnie przepalającego cienką firanę chmur. Na chwilę zmieniłem percepcję. Przypomniałem sobie, że siedzimy na bezimiennym gór szczycie, nawet na mapie wojskowej ma tylko trójkącik z kropką i podaną wysokość. A wokół nas wiele takich bezimiennych trójkącików, właśnie jak na widowni, w kinie. Cisza poraża zmysły, droga opustoszała, szarość zmierzchu, wiatr i chłód mówią, że jesteśmy daleko od wszystkiego, co dla nowoczesnego człowieka jest w życiu istotne. Tak właśnie powraca to poczucie pustki zewnętrznej, kiedy siedzi się na dalekiej Syberii. Ono jest zawsze, ale uświadamia się czasami, za pośrednictwem takich magnetycznych chwil, kiedy piękno przyrody nietkniętej niszczącą ręką, człowieka zmusza do refleksji, do zadumy nad samym sobą, tu i teraz. Wtedy łatwiej zwrócić się do pustki wewnętrznej, zaobserwować ją, poznać, oswoić, wykorzystać do zbożnych celów. Może właśnie po to ludzie z przeludnionych rejonów świata, dużym nakładam sił i środków, przenoszą się w takie miejsca jak ten bezimienny trójkącik z kropką w środku. Dla mnie może być on BTKS01. Skoro mamy już taką skazę, że musimy nazywać.
Kolejny dzień nie wyróżnił się niczym szczególnym. Może spotkaniem z jakuckim kierowcą ciężarówki, który opowiedział nam o realiach pracy na gruzawiku, na Kołymie. O zarobkach podobnych do tych z zachodniej Europy, o tym jak trzeba dbać o swój samochód, kupiony na raty, aby przeżył zimę, o tym że jak się w październiku zapali silnik, to się go gasi w kwietniu, a w największe mrozy jeździ w kółko aby opony, resory i rama nie zziębły, bo pokruszą się jak szkło, o tym że nawet własne dzieci nie znają gór, przez które on ciągle jeździ i o tym jak sobie wyobraża pracę europejskich szoferów. Teraz w dobie internetu, trudno ludzi z drugiego końca świata zaskoczyć czymkolwiek.
Ostatni nocleg w górach spędziliśmy na szczycie wzniesienia, które kiedyś służyło za bazę drogowców. Porzucili tu wiele sprzętu, nawet ocieploną styropianem budę psa Misza. Gdybym był mieszkańcem tych stron, nazbierałbym tutaj sporo ciekawych rzeczy, jakie można wykorzystać w gospodarstwie. Zawsze fascynowało mnie przeszukiwanie cudzych śmieci, kolekcjonowanie gratów i nikomu już nie potrzebnych szpargałów, dla których bez trudu znajduję zastosowanie w zupełnie innych dziedzinach. Szaman załamał by ręce. Zbierać stare śmieci! To jak prosić się o guza. Jak to mówią – stare rzeczy powinny być w muzeum, tam energia ich właścicieli nikomu szkody nie przyniesie. Ale to nie tylko chodzi o antyki. Tyczy się to także naszych związków z ludźmi, którzy odeszli. Tu na Wschodzie otacza się ciągle wielką czcią przodków, nie tylko tych zasłużonych. My to robimy bardziej z przywiązania, niechęci do zmian, wolimy żyć przeszłością, jakby nasi bliscy ciągle byli pośród nas. Cmentarz staje się często ulubionym miejscem codziennych spacerów, miejscem tymczasowego przebywania zmarłego, a mogiła osoby która odeszła, obowiązkowym celem. Na Wschodzie, nie tyczy się to tylko Jakutów rzecz jasna, szacunek dla zmarłych jest tym większym im bardziej chce się o nich zapomnieć. Czasami stawia się wystawne grobowce, dawniej zmarłemu oddawało się co lepsze narzędzia domowe, biżuterię, odzież, że o koniach i żonach nie wspomnę, a wszystko to po to aby nie wracał do świata żywych, aby niczego mu tam, w innym świecie nie brakowało. W wierzeniach dawnych Jakutów stało, aby zaopatrzyć zmarłego w wynalazki ludzkiej cywilizacji, aby po śmierci był rozpoznany jako człowiek, a nie jako upadły duch z podziemi, który egzystuje jak ziemne zwierze. Źle rozpoznana dusza, może się przecież potem mścić na żywych, za brak odpowiedniej opieki w czasie pogrzebu. Jak to szamani mówią – jeśli ciągle myślisz o tym który odszedł, odwiedzasz zmarłego na jego mogile, to nie pozwalasz mu odejść do swojego świata, on przyzwyczaja się przebywać przy tobie, w jakiej by postaci akurat nie był i wiązać swoje sprawy z twoimi, nie zawsze to wychodzi na dobre. Nawet jeśli zmarły był nam ze wszech miar życzliwy, to ingerencja jego ducha w nasze bezduszne, przyziemne sprawy zwykle źle się kończy. Jak to czasami opowiadają, taki duch przodka siedzi na plecach jak na barana, a nogami oplata nam klatkę piersiową, ciasno aby nie spaść i nosimy go tak do końca życia nie mogąc nabrać oddechu pełną piersią, a on często kłóci się z nami za naszymi uszami. Niekiedy zmarłym trudno odejść. Trzymając ich bezustannym rozpamiętywaniem, nie ułatwiamy im decyzji, zmuszamy do pozostania w zawieszeniu, tu gdzie nie czują się ani żywi, ani martwi. Na wspominanie i żal po śmierci bliskiej osoby jest 40 dni. To czas kiedy dusza zmarłego szuka drogi, są sposoby aby mu to ułatwić. Później, nam żywym, trzeba iść do spraw codziennych i dać spokój temu co przeszło.
Jakuci mieli trzy sposoby na chowanie zmarłych. Pierwszy, zwykle zarezerwowany dla szamanów, to sposób napowietrzny. Wkładano zwłoki w pozycji embrionalnej do drewnianej skrzynki z daszkiem, zupełnie jak nasze budy dla psa i mocowano je w koronach drzew. Pamiętacie z Czerkiech, co znaczyło drzewo dla Jakutów… łącznik trzech światów, nieba, ziemi i podziemi. Drugi sposób przynależy światu ziemskiemu, światu zwykłych ludzi. Stawiano takie budy dla psa na ziemi, na cmentarzu, w szczególnych miejscach przyrody. Dla nas także jest ważne aby zmarli mieli ładny widok, z pagórka, znad rzeki… przynajmniej kiedyś to było ważne, kiedy było mniej ludzi, a więcej przyrody. Trzeci sposób to chowanie zmarłych w ziemi, czyli tak jak u nas. Dzisiaj obowiązuje w Jakucji ten właśnie sposób, bo mamy koparki zdolne wykopać dziurę w ziemi, nawet w zimie. Ale nadal stawia się te drewniane budy dla psów na mogile, tradycyjnie, zamiast naszych nagrobków z lastriko. Oprócz tego, przyozdabia się, albo jeszcze do niedawna, przyozdabiało się taką drewnianą budkę czerwoną gwiazdą, albo krzyżem prawosławnym, albo jednym i drugim. Ach ta ludyczna religijność… Nie zaszkodzi pieczątkę na papierze uzyskać od wójta. Ksiądz niech kropidłem poświęci, a na koniec jeszcze w lęku przed bogiem, Chrystuska w stópkę ucałuję. Naród ciemny był, jest i będzie, zawsze i wszędzie. Żyje w lęku od urodzin do śmierci. Więc nie dziwota, że chce się zabezpieczyć z każdej strony. Pamiętam jak w Tuwie, mówiono nam, że w niedzielę chodzą do cerkwi, w tygodniu do dacanu, a jak się coś wydarzy to do szamana. Dlatego takie ważne było dla społeczeństwa zachodniego, aby w XIX wieku mógł oddać swe lęki pod pieczę nauki. Jak wszystko się racjonalnie wytłumaczy, świadomość podniesie, wyemancypuje z tłumu ego każdej jednostki, to lękać się nie ma czego. No chyba, że człek nowoczesny zderzy się z niewytłumaczalnym, wtedy najlepiej w te pędy biec do najbliższego księdza, a nóż nie jest jeszcze za późno. Poza tym wiadomo, Chrystus nauczał, że nawrócony grzesznik jest lepszy, od tego co był uczciwy całe życie.
Spędziliśmy wieczór siedząc na krzesełkach. Owadów nie było w ogóle. Dawno nie siedzieliśmy tak sobie swobodnie na dworze. Zwykle spędzamy czas w domu na kółkach, tam nic nie upuszcza z nas krwi. Był taki spokój i cisza. Z rzadka przejeżdżały w dole, po zakurzonej drodze, ciężarówki. Majestat srożących się ponad nami szczytów dusił wszelkie dźwięki i unosił myśli na wyższy poziom egzystencji.
Rano wyjechaliśmy z gór Wierchojańskich. Już w tej podróży nie zobaczymy szczytów, jedynie pagórki. Kolejny dzień okazał się znowu gorącym. Temperatura dusiła nas w samochodzie zamkniętym szczelnie, bo tonęliśmy w kurzu drogi. Było ponad 32st.C. Często zwalniałem, bo w ogóle nic nie widziałem. Ruch samochodów osobowych mocno się wzmógł. Tutaj jest sporo wiosek jakuckich. Nie spodziewałem się, że tak daleko na północ może być upalnie. W końcu dojechaliśmy do Chandygi i sprawdziliśmy pocztę internetową. Francuzi, których spotkaliśmy ponad dwa tygodnie temu w Jakucku, dokładnie napisali nam ile kosztuje prom z Leńska do Ust-Kut. Dla samochodów dostawczych, typu Sprinter wyszło prawie 3500zł, dla nas byłoby coś koło 2100zł. Płynie się cztery dni, bo pod prąd rzeki. Co niepokojące, nasi znajomi z Jakucka donoszą zaś, że Lena ma bardzo niski poziom i statki czasami stoją wiele dni na mieliznach. Ale co ważniejsze, Francuzi napisali także o innej ewentualności. Gazowa kompania zbudowała rurociąg wzdłuż Leny na południe. A do jego budowy musieli zbudować drogę, którą teraz można jeździć. Droga należy do kompanii gazowej, ale udostępniają ją odpłatnie. Po krótkim namyśle, ta droga stała się naszym, kolejnym celem w podróży. Zapaliłem się do idei przetarcia nowego szlaku, który w ogóle nie jest jeszcze znany w świecie podróżniczym. Napisaliśmy do naszych znajomych Jakutów, aby zorientowali się w sytuacji. Mamy się z nimi spotkać za dwa dni, to może będą już mieli bardziej dokładne wieści co do gazowej drogi.
Kiedy tak staliśmy w Chandydze, podszedł do nas odziany na pomarańczowo facet w średnim wieku. W ręku trzymał książki w kwiecistej oprawie, na twarzy miał uśmiech pełen uniesienia, ruchy zamaszyste, wyzwolone z rosyjskiego lęku przed ekspresją, w oczach zapał młodego misjonarza. Z marszu wziął się do przekonywania nas o tym, że nie jesteśmy tylko tym gruzowatym ciałem, ale siedzi w nas nieśmiertelna dusza, która nigdy się nie starzeje i jest piękna jak światło z gwiazd. Przy okazji Hare Kryszna kaznodziejstwa, sprzedawał za 6zł książki i nawet mu szło, zdawało by się, to trudne, ze względu na specyfikę miejsca, zadanie. Pewnej pani, która objuczona swym bardzo gruzowatym cielskiem i dwiema torbami zakupów, nie poświęcił nawet trzeciej części tyle czasu co mnie, a już inkasował 100wRUBliej za posłanie w książce spisane. Z pozoru mogłoby się wydawać, że Rosjanie przytłoczeni przyziemnymi problemami walki o przetrwanie na kapitalistycznym rynku, zdolni do uśmiechu tylko po kielichu, noszący w sobie ciągle to komunistyczne zalęknienie, wycofanie ze spraw publicznych w swój świat, do swojego mieszkanka, nie wychylają się. Zdawałoby się, że takie społeczeństwo jest nieczułe na potrzeby wyższego rzędu. Ale pod tymi pozorami smutnych twarzy kryje się wielki, ale żyzny ugór do zaorania przez misjonarzy wszelakiej maści. Ich dusycki ciągle są gotowe na obietnice jakiegokolwiek raju.
Tym razem przepłynęliśmy Ałdan tuż za Chandygą, promem zarządzanym przez Ormianina. Przylatuje tu co roku na sezon letni i zarabia sobie spory szmal. Jak wiadomo, w Armenii trwa kryzys i nie ma pracy. Większość byłych republik radzieckich, które po rozpadzie ZSRR odłączyły się od Rosji, utrzymuje dobre stosunki z Moskwą i uczestniczą we Wspólnocie Niepodległych Państw. Swobodny obrót towarów, usług, migracja pracowników jest możliwa. Dlatego Uzbecy handlują warzywami i owocami na Syberii, Ingusze nielegalnie wydobywanym złotem, można spotkać pracowników i biznesmenów z różnych stron centralnej Azji. Nie dotyczy to oczywiście Gruzji, która uniosła się dumą, podobną do polskiej i wypięła się na Rosję. Polacy także pielęgnują urazę do Moskwy, chociaż narody takie jak Kirgizi, czy Ormianie, mają dużo bardziej tragiczną historię związku z wielką Rosją, a jednak przyjaźń z nią na dobre im wychodzi. My wolimy szukać przyjaciół daleko i ciągle oczekiwać od Rosjan niekończących się przeprosin. Jednocześnie obrzucamy ich błotem i mamy im za złe, że robią interesy z Niemcami, ponad naszymi głowami. Jakie to polskie, małostkowe, infantylne.
Na promie znowu zeszło nam dużo czasu. Najpierw oczekiwanie na zapełnienie, potem powolne płynięcie. Chociaż tym razem z prądem szło trzy razy szybciej. Jednakowoż skończyliśmy pod wieczór więc poszukaliśmy sobie noclegu na skoszonych łąkach, nad Ałdanem. Siano w tradycji Jakutów często służyło jako ekwiwalent pieniężny. Do dziś bogactwo Jakuta zależy od ilości łąk sianokosnych jakie posiada, ale także od wielkości stad koni i krów. Konie hołubi się tutaj jak w Mongolii, ale rzadko się na nich jeździ. Mają produkować mleko i służyć sobą jako obiata dla ludzi. Jednakże etos pięknego konia pod wierzch pozostał w tradycji społecznej i mitologii przekazywanej ustnie.
Nocleg na łąkach, nad Ałdanem przyniósł możliwość kąpieli w rzece i wiele owadów. Elektryczna paletka miała sporo pracy, a rzeź niewiniątek następowała po każdorazowym otwarciu drzwi Toyoty. Jakże lekko odbierać życie małym istotom.
W nocy padał deszcz, ale poranek okazał się znowu słoneczny. Więc całą drogę do Jakucka kisiliśmy się w zamkniętym samochodzie, podskakując na dziurawej drodze. Może gdybym tu mieszkał na stałe, to potrafiłbym zaakceptować jeżdżenie w szarym tunelu wypełnionym wzbijanym przez koła samochodów piachu.
Dojechaliśmy do prawobrzeża Leny i zanocowaliśmy nad małym jeziorkiem w lesie. Kąpiel była obowiązkowa, chociaż zimna. Następnego dnia pojawiliśmy się na promie do Jakucka dość wcześnie. Mamy umówione dwa spotkania z szamanami w mieście. Najpierw jednak poświęciliśmy dwie godziny na szukanie stacji z gazem. Specjalnie przed wyjazdem z Polski wykonałem przejściówkę do napełniania polskich butli gazowych w Rosji. Ale okazało się, że w tym roku, w Rosji wchodzą powoli europejskie standardy i większość stacji ma już pistolety takie jak w Polsce. Więc najpierw szukaliśmy stacji ze starymi pistoletami. Kiedy w końcu znaleźliśmy, to okazało się, że to stacja państwowa i nie wolno im łamać przepisów, i napełniać butli gazowych, w dodatku bez rosyjskiego atestu i pordzewiałych. Szukaliśmy dalej i w końcu na dalekich przedmieściach trafiliśmy do prywatnej stacji z LPG. Niestety dziś nie ma prądu i nie działa. Jakie to rosyjskie, załatwić cokolwiek jest ponad siły normalnego Europejczyka. Dziwię się jak tutaj robią interesy zachodnie koncerny. W końcu czas się nam skończył. Pojechaliśmy na spotkanie z szamanem Grigorijem, z naszą znajomą Jakutką – Nataszą.
Trudno było znaleźć dom córki Grigorija. Nazwy ulic dla Jakutów to rzecz umowna, trochę jak w małych, francuskich miejscowościach. Trzeba zasięgać języka, dzwonić, być prowadzonym za rękę. W końcu trafiliśmy do drewnianego, nowego domu na brzegu jeziora, otoczonego już szczelnie przez podobne budyneczki. Jeśli Jakuta stać, to woli zbudować sobie domek na przedmieściach i dojeżdżać do centrum po tak dziurawej drodze, że samochód się wiesza. Grigori na stałe mieszka w niewielkiej miejscowości Amga, nad rzeką Amga. Tam czuje się najlepiej, ale często wyjeżdża i żyje w podróży. W każde lato robi tur po kraju Amurskim, Buriacji i Mongolii. Odwiedza ciągle te same miasteczka i leczy ludzi. W zimie leci do Emiratów na zaproszenie tamtejszych ludzi, którzy wolą medycynę naturalną, z jakże odległego kręgu kulturalnego. Grigori pracuje ze swoją żoną. Powołanie poczuł w wieku sześciu lat, kiedy zaczął widzieć duchy ludzi, którzy dawno już odeszli z tego świata. W tej rodzinie tradycja szamańska była przekazywana po mieczu od wielu pokoleń. Ojciec Grigorija musiał być więc dumny z syna, że tenże jest gotów do inicjacji szamańskiej, znanej jako ‚choroba szamańska’. To były czasy wczesnej, głębokiej komuny, takich malczików, którzy przejawiali nienormalne zdolności zamykano w miejscach odosobnienia i faszerowano lekami, dopóki nie znormalnieli. W tej kwestii od początków cywilizacji ludzkiej, do dziś, nic się nie zmieniło. Dzieciaki przystrzyga się jak trawę na boisku szkolnym, do równej wysokości. Na Zachodzie promuje się programy wyławiania wybitnych jednostek, ale nie w państwowym systemie szkolnictwa.
Za komuny Grigori nie udzielał się jako szaman. Dopiero po pieriestrojce powziął plan innego sposobu zarabiana na życie. Teraz jest znanym i cenionym szamanem jakuckim. Przypominał mi pierwszego szamana syberyjskiego, jakiego spotkaliśmy w 2005, w Tuwie, zamawiając u niego rytuał z wróżeniem z kamieni. Pytanie było proste – czy nasza ówczesna podróż dobiegnie szczęśliwie do końca. Wzniesiony kciuk wzorem facetbuka, zwieńczył tamten zabieg na energiach kosmosu.
Grigorii jest nieśmiałym, starszym mężczyzną, od którego ciężko cokolwiek wyciągnąć. Na szczęście jego żona, która przygotowała się z gestem na przyjazd gości, była bardziej komunikatywna i jednocześnie wciągała męża do rozmowy. Przed spotkaniem debatowaliśmy z Iwoną, podczas wielu godzin jazdy Toyotą w kurzu, nad pytaniami jakie mamy do szamanów. Najbardziej zależało nam na rozpoznaniu pozycji szamana w społeczeństwie jakuckim dziś i kiedyś, ale także na zgłębieniu sposobów pracy szamanów. Zgodnie z tym czego się spodziewałem, trafiliśmy na ludzi, którzy bardziej skupiają się na pracy, aniżeli na jej analizowaniu. Bliżsi są ludowej, wiejskiej tradycji, aniżeli naukowemu podejściu, jeśli w ogóle go dotykają. Czy są skuteczni? Dla tych, którym pomagają są, a dla innych…
Jak zawsze, wolimy patrzeć na ludzi jak na jednakowe jednostki, a przecież diametralnie się od siebie różnimy, nawet dla medycyny zachodniej. Znalezienie odpowiedniego klucza podejścia do pacjenta, to podstawowy problem każdej dziedziny medycyny szeroko rozumianego Wschodu. Można porównać to do języków świata. Jedne są łatwiejsze do opanowania, inne trudniejsze, ale jedne nie są gorsze, ani lepsze od innych. Są po prostu inne. Niektóre nadają się bardziej do wysłowienia emocji, inne zaś do wyrażenia koncepcji. Poliglota potrafi nauczyć się każdego języka, jeśli znajdzie ku temu motywację. Zwykły uczeń potrafi nauczyć się łatwiejszych języków, jak angielski, czy hiszpański. Większość ludzi zajmujących się medycyną Wschodu, to zwykli lekarze. Dlatego nie zawsze potrafią odnaleźć odpowiedni klucz dostępu, mylą się, idą po najłatwiejszej drodze, pokrywają słaby warsztat rutyną. Tylko niektórzy potrafią się przyznać do błędu. Odwiedziłem w swoim życiu tak wielu fachowców, z tak wielu dziedzin ezoteryki Wschodu, że już wszystkich nie pamiętam. Zawsze starałem się wprzód, przynajmniej teoretycznie, opanować sztukę, jaką włada mistrz do którego zmierzałem. Nasz Grigorii przysłużył się nam po trochu swoim życiowym doświadczeniem szamana i wiedzą, gorzej z jego warsztatem.
A więc dowiedzieliśmy się, że w zbiurokratyzowanej Rosji, szamani muszą posiadać licencję na leczenie, czy w ogóle zajmowanie się swoim fachem. Że pozycja szamana w Jakucji jest dość słaba, mało wiarygodna dla większości, ale z roku na rok to się poprawia. W innych regionach bywa różnie. Tam gdzie większość obywateli to biali, jest kiepsko i szaman spotyka się z czynnym oporem ze strony przedstawicieli kościoła prawosławnego, z braniem się do rękoczynów włącznie. Ze strony władz natomiast, oporu nie ma.
Natomiast do Jakucji przyjeżdża coraz więcej ludzi z Zachodu, właśnie po to aby spotkać się z szamanem i skorzystać z jego umiejętności. Kiedy się sprawdzi, jest zapraszany na Zachód w roli mistrza nauczającego i praktykującego. Przeszkodą jest poziom cen za usługi szamańskie w Rosji. Jest wyższy niż na przykład w Polsce. Za usługę szamana płaci się prawie dwa razy więcej niż w Polsce za usługę lekarza biegłego w klasycznej akupunkturze. My Europejczycy, naród pragmatyczny, wolimy być pokłóci igłami, aniżeli poobcować chwilę z bębniącym w szamański tamburyn i coś tam mruczącym Jakutem. Najbardziej wierzymy w rzeczy namacalne, dla nas zrozumiałe. Coś czego nie potrafimy sobie wyobrazić, nadać temu kształt i sens istnienia, nie jest dla nas godne zauważenia. Zresztą tak jest z każdym z ośmiu miliardów ludzi na Ziemi.
No dobra. Posiedzieliśmy u Grigorija i pojechaliśmy dalej szukać stacji z gazem. W końcu się udało. Mieliśmy wybór między jazdą przez zakorkowane centrum i dziurawą obwodnicą. Wybraliśmy obwodnicę i jechałem na jedynce, czasami na dwójce. Takie dziury w asfalcie. Potem jeszcze mieliśmy nieco czasu do drugiego spotkania z szamanem Anatolijem, więc pozwiedzaliśmy drewnianą starówkę Jakucka, z jego sklepami z souvenirami. Spotkaliśmy wycieczkę z USA i pooglądaliśmy kiczowate rzeźby z kłów mamuta.
Anatolij to szaman z zupełnie innej kasty. Prężny biznesmen, bystry rozmówca, ale tak samo jak Grigori skryty. Zresztą przecież tyle razy zauważałem, jak trudno dotrzeć do ludzi z rasy żółtej. Sprowadzić rozmowę na pułap przyjacielskiej pogaduszki, tak aby rozmówca się otworzył, nieco pofolgował emocjom. U Anatolija właśnie gościł jego kolega szaman z Tuwy, który trochę nawet znał naszą znajomą szamankę z Czadanu.
Anatolij zaczynał swój fach zupełnie inaczej. Nie kontynuuje tradycji przodków, mieszka prawie całe życie w mieście, żyje po nowoczesnemu. Swoją pracę szamana traktuje bardziej jako sposób zarabiania dość dogodnych pieniędzy. Strzeże sekretów warsztatu, jakby bał się jego utraty, albo wpadki. Na Zachód chciałby jechać, ale to mu się nie kalkuluje i nie chce występować w roli głównej atrakcji w cyrku osobliwości z Syberii. Trudno mi uwierzyć, że leczy, ale przecież większość z chorych potrafi się sama uleczyć, jeśli tylko odpowiednio skanalizować ich chęci umiejętną sugestią.
Wyszliśmy od Anatolija nieco zawiedzeni. Jak się potem okazało zawiedzenie było podwójne. W tym samym czasie, na placu głównym w mieście odbywał się niewielki meeting przedstawicieli różnych plemion Jakucji. Były występy artystów, pokazy rzemiosła, itp. Niewiedza boli. Ale mamy też trochę za złe naszym przyjaciołom Jakutom, którzy powiedzieli nam o spotkaniu dopiero po fakcie. Uznali, że takie głupoty nas nie za bardzo interesują. Ciągle myślą, że jesteśmy rosyjskimi turystami z Moskwy, którzy najchętniej to by poszli do ekskluzywnej restauracji wciśniętej pod ziemię, w wieczną zmarzlinę, zatopioną w kiczowatym podświetleniu lodowych rzeźb. W każdym razie spędziliśmy w ich gronie niezwykle miły wieczór. Była degustacja tradycyjnych potraw jakuckich i trunków. Przynajmniej na tyle tradycyjna, na ile tradycja przetrwała w pamięci od wielu pokoleń miastowych Jakutów. Poopowiadaliśmy im o Rosji jakiej nie znają. Jeszcze nie spotkaliśmy Rosjanina, który znałby lepiej Rosję od nas. Oni po ojczyźnie nie podróżują. Zanocowaliśmy pod blokiem, na parkingu, a rano ruszyliśmy w kierunku Mirnego, stolicy rosyjskich diamentów.
Mamy do tego miasta coś pod 1200 kilometrów kiepskiej drogi. Na dziś bez zbytniego wysiłku zrobiliśmy ponad 250. Pierwsze dwieście kilometrów to wielka budowa drogi asfaltowej. Tak więc co chwilę nawierzchnia zmienia się z nowego asfaltu na dość grząskie błoto. Dziś bowiem wreszcie zmieniła się pogoda, na bardziej odpowiednią dla Północy. Siąpi deszcz, jest coś koło 19-stu stopni. Krajobraz też nas nie rozpieszczał. Chociaż to początek Wyżyny Wschodniosyberyjskiej, to jest płasko jak w Wielkopolsce. Zmieniał się tylko otaczający nas las. Najpierw był to suchy, sosnowy bór, potem bardziej podmokła tajga, następnie regularne bagna z licznymi oczkami wodnymi, a na koniec dnia, za miejscowością Asyma, ponownie wjechaliśmy w sosny. Za sporą osadą Berdigiestach, intensywność prac nad budową nowej drogi, znacznie zmalała. Tutaj buduje się już od niechcenia. Większość to droga piaskowa, z wielką tarką powodowaną przez ciężarówki. Jechaliśmy teraz coś koło 20km/h. I w końcu zanocowaliśmy na jakiejś żwirowni pełnej komarów.
Minęliśmy dziś zaledwie trzy jakuckie miejscowości. Każda była zupełnie inna od miasteczek na Kołymie. Od razu widać, że w tej okolicy nic się nie wydobywa. Wioski powstały jako skupiska ludności tubylczej, żyjącej w tradycyjny sposób, budującej tradycyjne chaty drewniane, a nie bloki z wielkiej płyty. Białych widać tutaj niewiele. Na drodze większość pojazdów to busy zastępujące autobusy i osobówki. Tak jak na prawobrzeżu Leny królowały w Jakucji UAZy452, czyli ‚buchanki’, tak na lewobrzeżu Toyoty Hiace. Nowe, kupione od dealera, nie żadne tam używki sprowadzane z Japonii.
Następnego dnia mieliśmy tylko kilkadziesiąt kilometrów asfaltu, a reszta to ruski standard szutrówki. Większość nie pozwalała osiągnąć nawet 30km/h, ale miejscami dawało się włączyć czwórkę. W Rosji jest taka wódka ‚ruski standard’, podobno dobra, ale mnie się źle kojarzy. Francuzi przejechali te 1200km do Mirnego w 29 godzin, lokalne busy z ludźmi robią to w 25 godzin. My jedziemy już drugi dzień, a jeszcze połowy nie osiągnęliśmy.
Gdzieś za wioską Liekieczień, wjechaliśmy w jakuckie piaski. Porastają je lasy iglaste. Podobno można tu znaleźć wydmy, nawet dwudziestometrowej wysokości. Wieczna zmarzlina nie przepuszcza wody i dzięki temu cokolwiek tu na powierzchni rośnie. A pod wieczną zmarzliną są bogate złoża gazu. Kiedy zbliżyliśmy się do rzeki Wiljuj, wjechaliśmy na powrót w tereny podmokłe. Wiljuj to słowo z języka Ewenków i oznacza błoto. Pewnie dla ludów Północy, przywykłych do suchej tundry, bagna, jeziora, to nie był przyjemny widok, kojarzący się z błotem. Na tych terenach ledwie kilka procent ludności przyznaje się do korzeni eweńskich, albo jak ich kiedyś nazywano tunguskich. Jakucki język to tutejsza lingua franca, jest dość łatwy i podobny do wszystkich języków plemion tureckich Syberii. Jakutów jest tutaj najwięcej, siłą rzeczy ich język zdominował kontakty w terenie wiejskim. Nawet nieliczni biali przejęli ten język jako swój. W latach ’90-tych próbowano wcielić w życie plan odnowy wymierających języków. Zaczęto nauczać w szkołach języków regionalnych. Często, podobnie jak w Australii, to biali przyjeżdżali uczyć dawnych języków, bo lokalni ludzie już je zapomnieli. Dziś na wsiach króluje jednak jakucki. Trafiliśmy na chwilę do wioski Hampa, aby kupić trochę jajek na śniadanie. Na drzwiach sklepu przyklejono obwieszczenie o festynie we wiosce, ale nic prócz liczb nie przeczytaliśmy, wszystko było po jakucku. Nikt tu nie używa rosyjskiego, chociaż każdy go zna z tele-jaszczika. Wioska nie wyglądała jak te rosyjskie, syberyjskie, obraz upadku i rozkładu. Nie spotkaliśmy pijaków na ulicach. Stare domy nie przewracały się ze starości, a stawiano dużo nowych, nowoczesnych. Na podwórku przed szkołą, budują plac zabaw dla dzieci. Na ulicach stawia się nowoczesne oświetlenie ledowe, przed domami stoją całkiem nowoczesne samochody japońskie. Nie wygląda na to, że ludzie pragną stąd jak najszybciej uciec do Moskwy, albo przynajmniej do Jakucka.
Zanocowaliśmy po raz kolejny na żwirowni, która służyła kiedyś jako wyrobisko budulca na drogę. Chyba dziś będziemy świętować. Mamy powód. Od kilku dni słuchaliśmy ciurkiem Franka Sinatry. Mam taką składankę jego piosenek. W Australii doszliśmy ledwie do utworu 257, a dziś dojechaliśmy do końca, do 479. Kiedy odtwarzacz przeskoczył do następnego albumu, zrobiło się jakoś smutno bez Franka. Przyzwyczailiśmy się do jego głosu. Może jutro zaczniemy słuchać go od nowa.
Jednak nie zaczęliśmy. Tak jakoś pomysł utonął w powodzi codziennych spraw. Skoro świt wstaliśmy aby zrobić codzienną praktykę, popracować przy komputerze, potem przed południem śniadanio-obiad i jak tylko pierwsze meszki zaczęły nas terroryzować, wyjechaliśmy z naszej żwirowni zamienionej w śmietnisko dla pobliskiej wioski, na nędzną, rosyjską szutrówkę. Jedynka, dwójka, trójka i więcej nie można… nawet trzeba zwolnić, bo tarka zrobiona 64-rocalowymi kołami od terenowego Kamaza. Zajęliśmy się rozmową na tematy nie związane z rzeczywistością jaka nas otaczała i już po godzinie dojechaliśmy do miasteczka Wiljujsk, czyli zrobiliśmy jakieś 30 kilometrów.
Zatrzymaliśmy się tutaj na ponad trzy godziny. Najpierw małe zakupy, Iwona musiała obkolędować magazyny hoztowary, znaczy sklepy AGD. Szuka ytyk, taki drewniany wiertalot, który kręci się między dwoma dłońmi złożonymi jak do modlitwy za pokój światowy i wyrabia się jakuckie desery z krowiego mleka. U nas też takie coś jest… widziałem kiedyś w kuchni, ale nie pamiętam czyjej. Ale Iwona chce kupić jakucki ytyk, bo ma inne skrzydełka, bardziej przypomina śrubę rzymską i nie jest jak polski, podobny do wiatraczka. Ja próbuję ją przekonać, że dla krowiego mleka to obojętne.
Sprawdziliśmy też facetbuka, czy ktoś jeszcze nas lubi. Okazuje się, że im dalej pojedziemy, tym bardziej jesteśmy lubiani. Nurtuje mnie jednak pytanie, czy to lepiej, czy gorzej. Potem w kłębowisku meszek pojechaliśmy pod lokalne muzeum, zbudowane na wysokim brzegu rzeki Wiljuj. Myśleliśmy, że jest zamknięte. To znaczy ja miałem taką nadzieję, ale jednak nadzieja okazała się płonną. Zupełnie jak nadzieje Iwony, na to że znajdzie w pierwszym magazynie hoztowary ytyk i homus, a w magazynie produkty – kumys. Homus to amerykańska drumla, chociaż mam takie podejrzenie, że uzbeccy Muzułmanie, przyjechali tutaj nie tylko handlować warzywami, ale również znęceni humusem. Kumys wiadomo, mleko klaczy.
W wiljujskim muzeum przyjęła nas młoda pracowniczka na stażu. Reszta zatrudnionych wyjechała na urlop. Na parterze mają wypchane zwierzaki. Wypchane trocinami. Niektóre nieco wyleniałe, bo muzeum otwarto równo sto lat temu, pięć lat przed rewolucją Lenina. Znaczy równo z rewolucją, ale do Jakucji dotarła ona dopiero pięć lat później, jak czerwonoarmieńcy przewojowali białoarmieńców. Na parterze wiljujskiego muzeum znaleźliśmy także pozostałości po pradawnej, jakuckiej tradycji, ich pierwsze noże, łuki, odzienie, łódki z kory brzozy, ozdoby z żelaza. Sami je robili, mieli huty i rozwinięte kowalstwo. Pierwsi, biali kolonizatorzy korzystali z jakuckiego kowalstwa.
Na drugim piętrze zgromadzono pozostałości po kolonizatorach. Od tych pierwszych, Kozaków, po najostatniejszych, radzieckich geologów i noworuskich inwestorów, nawet pamiątki po pierwszym Jakucie w kosmosie. Albo stare strzały ogłuszające. W polowaniu na sobole nie za bardzo opłaca się walić do nich z ostrych strzał zakończonych żelaznym grotem. Lepiej takimi co mają na końcu drewnianą gruchę. Jak się taką gruchnie w łeb zwierzaka, to skórka cała i sobol w garści. Drugie piętro znacznie ciekawsze. W sumie ja się nie nudziłem, nie wiem jak Iwona, bo gadatliwa do nieskończoności pani muzealniczka, nie odstępowała jej na krok.
Za muzeum jest kilka pomników, sam nie wiem co mają upamiętniać. Ale zwracają się plecami do miasteczka, a twarzami w kierunku szerokiej, bezgranicznej panoramie wielkiej rzeki Wiljuj. Miasteczko wygląda dość nowocześnie. Dla niewprawnego, nieczułego oka, może wydać się rozrośniętą wioską, ale jest dość nowoczesne, a na pewno zadbane. Podobnie następne miasteczko – Wierchniewiljujsk. To miało nawet asfaltowe ulice, oblepione było plakatami reklamującymi spartakiadę Manczaary, która odbyła się tutaj miesiąc temu. Zbudowano trzy wybrukowane, ogrodzone place, z nowoczesnymi pomnikami, nie jakimiś tam gniotami z brązu, użyto najnowszych materiałów, jak plastyk, stal nierdzewna, szkło. Były tam też place zabaw dla dzieci, ławki, śmietniki, latarnie ledowe. Postawiono okazjonalny pomnik z białej siatki stalowej. Piękna pani, chyba uwielbienie do rzeźb kobiet-matek wzięli razem z Ładami od białych Rosjan, trzyma w ręku symbol diamentu, symbol zachodniej Jakucji. Iwona ciągle szuka diamentów u miestnych jubilerów, a tam nic. Ja jestem jak Wall-e, z tego filmu animowanego. Kiedy robot-złomiarz znajduje na śmietnisku puzderko z wielkim diamentem, wyrzuca go, a pudełko zabiera do swego legowiska, a nóż się do czego przyda.
Od czasu Champy wjechaliśmy w cywilizację. Skończyła się bezdenna pustka tajgi, teraz mijamy co kilkanaście kilometrów kolejne wioski i miasteczka. Trzeba wiedzieć, że podążamy wzdłuż odwiecznej trasy cywilizowania wschodniej i północnej Syberii. To wzdłuż Leny i Wiluja przybywali tutaj Jakuci z południa, tak samo pierwsi biali kolonizatorzy – Kozacy, a za nimi carskie wojsko, poborcy podatków, polscy Wokulscy, angielscy etnografowie i zielarze, jak Kate Marsden. Do dziś nie ma tu głównej drogi, ale są rzeki, te naturalne arterie komunikacji na Syberii. My jednak jedziemy pełni nadziei na to, że nie będziemy musieli wracać do Jakucka. Dostaliśmy od Nataszy, naszej jakuckiej znajomej potwierdzenie, że kompania gazownicza wyda nam za trzy dni zgodę na jednokrotny przejazd po ich drodze na południe, wzdłuż Leny. Na początku nie wyglądało to różowo. Jak to w Rosji. Główna siedziba z Surgutu odpowiedziała, że inostrańcom, znaczy turystom z Zachodu, pozwoleń się nie wydaje. Ale usilne wydzwanianie do kolejnych urzędasów, już tu, na miejscu w Jakucji, dało rezultaty. Pozwolenie dają tylko dla firm, a Natasza reprezentuje agencję turystyczną.
Za Wierchniewiljujskiem czekała nas przeprawa promowa przez rzekę Wiljuj. Teraz wygląda jakby wyschła. Promy wieszają się na mieliznach, muszą omijać wielkie łachy piachu. A koszt przeprawy to 60zł za 35 minut płynięcia pod prąd rzeki. Widać na wysokich, piaszczystych brzegach, że rzeka potrafi przybrać nawet więcej niż dziesięć metrów i wynieść do lasu stare, pordzewiałe kutry.
Na drugim brzegu czekały na nas bagna i meszki. Trudno było znaleźć nocleg, ale w końcu przypadkowo trafiliśmy na zabudowane wiatami miejsce piknikowe w lesie, nad zabagnionym, ładnym jeziorem otoczonym sianokośnymi łąkami, na których wałęsały się krowy i konie. Obok była scena dla występów, zadaszone kramy dla sprzedawców dobra wszelakiego, najpewniej z Chin, oraz tradycyjna jurta drewniana, ogacona mchem i ziemią. Co najważniejsze było pusto, bezludnie, to dla nas najlepsze. Przynajmniej nikt nie będzie nas pytał co sprzedajemy. Toyota wygląda jak chłodnia, przynajmniej dla Sybiraków, więc często się spodziewają, że przyjechaliśmy serwować im polskie lody bambino.
Następnego dnia znowu było gorąco, coś tak pod 34 stopnie. Droga też nas nie rozpieszczała, a jeszcze gorzej zrobiło się za rzeką Marcha, na oko tak szeroką jak Wisła w Tczewie. Budują tam most, ale póki co trzeba przepływać promem. Promiarze, a jest tu ich wielu, nie garną się do roboty. Te większe promy pływają od niechcenia, czasami nie zabierają klientów, tylko jeden samochód i trochę ludzi. Nikt nie wie o co tu chodzi. Małe promy pływają częściej. Małe czyli takie stare barki z uczepionym ich boku zdezelowanym, milicyjnym ścigaczem, nie większym niż łódka na cztery osoby. Na Marsze skasowali nas 30zł za dziesięć minut płynięcia. Jeszcze się korek przed promem zrobił i przepychanka. Więc zajechałem drogę jakiemuś busikowi, aby się nie wpychał. Potem kierowca przyszedł z pretensją, że niby busy są uprzywilejowane. Ale dla mnie nie są. Na promie był jeden samochód z białymi Rosjanami. Mało ich tu mieszka, ledwie jeden procent ludności. Prędzej w Polsce spotka się czarnego, niż tu, nad Wiljujem białego.
Na lewobrzeżu Wiljuja droga była fatalna, miejscami jechaliśmy poniżej 20km/h. Na dodatek sporo tu jeździ osobówek, więc kurzy się nieustająco, trzeba zamknąć dopływ powietrza z zewnątrz i topić się w duchocie i skwarze. Na dodatek śniadanie mi zaszkodziło i skręca mi wnętrzności. Ale jakoś doczłapaliśmy do miasteczka Njurba. Wygląda zupełnie inaczej niż te poprzednie, odwiedzane przez nas nad Wiljujem. Jakoś tak sowiecko, jakby ją biali budowali. Podobno mają tu kilka kopalń diamentów, ale na drogach nie widać ani cystern dowożących paliwo do kopalń, ani innych ciężarówek. Może dlatego, że dziś niedziela?
Trzydzieści parę kilometrów za Njurbą dojechaliśmy do kolejnego promu, tym razem na drugą stronę Wiljuja. Tutaj jest węższy, mniej rozlany po piaskowych łachach i głębszy. Tym razem zapłaciliśmy 24zł. Na prawobrzeżu droga dla odmiany pozwalała nawet na włączenie piątego biegu. Ruch zmalał prawie do zera, więc całkiem przyjemnie się jechało. Krajobraz zmienił się nie do poznania. Nie było już piaskowych wydm zalesionych iglakami. Teraz pośród podmokłego lasu otwierały się co chwilę wielkie połacie trawiastych łąk, z torfowymi bagnami po środku, albo małymi jeziorkami. Droga przecinała to wszystko wysoką, żwirową groblą. Potem, przed miasteczkiem Suntar, otoczyły nas wysokie lasy sosnowe, porastające ponownie suche, piaszczyste pagórki.
Gdzieś po drodze zatrzymaliśmy się w przydrożnym barze. Był czysty i nowy, prócz nas i starszej pani kucharki, nikogo tu nie było. W telewizji leciał program o Rosjanach, którzy przeprowadzili się z tego kraju szczęśliwości do Włoch. W krótkich wywiadach opowiadali jak im tam dobrze, a operator kamery nie omieszkał pokazywać co bardziej soczyste uroki nadmorskich kurortów turystycznych Italii. Do drzwi tej ‚cafe’ dobijają się chmary meszek oblepiających twarze ludzi i wciskające się pod koszulę. Jedyna droga, na którą nanizane są paciorki wiosek, przecina ten bezkres lasów i bagien, a tu w telewizji podglądamy sobie włoski raj. Tu na końcu cywilizowanego świata, można docenić to okno na świat. Doświadczyć jak na prawdę roznosi informację do najbardziej zapyziałych dziur, a nawet najdroższe, najbardziej pożądane przez turystów miejsca na Ziemi, stają się bliskie, na wyciągnięcie ręki z głębin tajgi. Można poznać świat nie ruszając dupska znad Wiljuja i jednocześnie nadal nic o nim nie wiedzieć.
Pod wieczór przepłynęliśmy ponownie promem za 30zł na lewobrzeże Wiljuja i pojechaliśmy żwirową plażą w kierunku niedzielnych letników pławiących się w czystej wodzie rzeki. O dziwo nikt tu nie łowi ryb, ale wszyscy się kąpią. Woda jest cieplejsza niż w niejednej, polskiej rzece, mimo że jesteśmy daleko na północy. Porównując do Europy, to jesteśmy tak daleko na północy, jak środkowa Finlandia.
Ranek nas nie zachwycił. Kiedy wyszło słońce czułem się spocony po dusznej nocy i niewyspany po koszmarach, pewnie od tych śmierdzących spiral antymeszkowych. Niech będą dzięki najwyższemu Leninowi za spirale. Nie wiem jak byśmy przetrwali zmasowany, samobójczy atak małych jak nanotechnologia meszek. Czasami czuję, że mnie gryzą, ale ich nie widzę. Chyba już potrzebuję okularów. Są tak małe jak centki, przecinki na skórze, jakieś milimetr długości i 0.3mm szerokości. Kiedy spirala wypali się do końca, rano budzisz się z czerwonymi wezuwiuszami na skórze, a te skurczybyki potrafią wejść pod odzież i dziabnąć na przykład w dupę. Takie swędzące znamię trzyma się potem pięć dni.
A więc ranek okazał się, wbrew anonsom pogodynki z amerykańskiego internetu, znowu gorący. Dziś temperatura podskoczyła do 35 stopni. Ale póki nasza izoterma się nie nagrzała, można było w niej siedzieć i pracować przy komputerze. Niedługo… bo przyjechali lokalni jakąś zdezelowaną, osobową Toyotą. Drugą zakopali bawiąc się na żwirowej plaży Wiljuja. Przyjechali po pomoc. Jak mnie wnerwili. Trzeba było rzucić robotę, spakować obóz i jechać wyciągnąć ich z piasku. Podczas tego pakowania zapomnieliśmy o spirali, a ona na podskokach wypaliła dziurę w tapicerce naszego domu. I pomagaj tu ludziom. Mnie by było wstyd przeszkadzać pracującym ludziom, a kiedy by powiedzieli – przyjdź za godzinę, kiedy będziemy wolni – to bym przyszedł za godzinę. Ale dziki nie! On chce teraz. Będzie błagał i walił do drzwi, aż cywilizowany człowiek kulturalny ulegnie i wypali sobie dziurę w domu. W podzięce za pomoc dostałem do uściśnięcia prawicę dzikiego, wilgotną i brudną. Niewiadomo gdzie ją wtykał. Dlatego jestem rasistą. Wierzę, że rasy ludzkie się różnią od siebie, chociażby w obrębie kultury osobistej.
Dzień zaczął się kiepsko, ale dalej było gorzej. Pojechaliśmy do Suntar, aby zrobić zakupy. Spotkaliśmy białego, z wyglądu Polaka. Ale może nie wie, że Polak, bo nie męczył nas swoim pochodzeniem. Pogadaliśmy sobie krótko ale treściwie. Opowiedział nam o muzeum w Tojbokoj, które budował, kiedy jeszcze pracował. Teraz chyba jest na emeryturze. Potem widzieliśmy jeszcze z daleka, jak pokazywał żonie nasz samochód i długo stał na parkingu patrząc za nami. Kilku turystów, którzy tędy przejechali znam, ale pewnie niewiele więcej ich w ogóle było. Jest to pewna atrakcja, coś wyjątkowego w codzienności, dniach podobnych do siebie, w tym miasteczku. W zasadzie, gdybyśmy powiedzieli, że Toyotą wylądowaliśmy tutaj przed chwilą lecąc z Jowisza, to nie byłoby większej różnicy. Europa jest tak daleko, jak to tylko możliwe. Więc można powiedzieć równie dobrze – jesteśmy z Australii, albo USA, to chyba nawet bliżej. Jeden pies. To abstrakcja, nawet dla ludzi znających geografię świata na pamięć. A co by powstało w głowie człeka z polskiej wsi… dajmy na to lubuskiej… gdyby mu jakiś facet po rosyjsku objaśnił, że przyjechał z Jakucji, z miasteczka Suntar? Pewnie by się mniej zdziwił, bo kmiot z Europy ma o sobie większe mniemanie, niż ten z Jakucji. Lubuskie jest bliżej pępka świata, aniżeli Jakucja.
Pojechaliśmy w kurzu, 17km/h po tarce do Tojbokoj. Po drodze zatrzymały nas trzy kobity w Toyocie. Coś im cieknie i chcą aby mężczyzna to obejrzał. Już wyciągały jakieś poduszki abym się położył pod Toyotę, ale zrezygnowały kiedy zakomunikowałem, że jestem inostraniec i nic nie rozumiem co do mnie mówią. Chwilę później dostaliśmy kamieniem w przednią szybę. Przejechałem kilkadziesiąt tysięcy kilometrów po szutrach tą Toyotą i dziś dostałem pierwszym kamieniem.
W półtorej godziny dojechaliśmy do Tojbokoj. Tutejsze wsie, z zachodniego Wiljuja są nieco inne. Takie jakieś bardziej rosyjskie, mniej tradycyjne. Ale lud tutaj żyje po staremu. Dzięki wstawiennictwu pewnej pani, co akurat przechodziła mimo, otwarto dla nas wielkie, dwuetarzne muzeum. Najpierw pozwiedzaliśmy parter na własną rękę, bo nikt się nami nie interesował. Potem jednak pojawiła się kustoszka. Skasowała nas po 9zł za osobę i zaoferowała oprowadzanie, na które ja niechętnie przystałem. Jednak okazało się, że bez opowieści nic byśmy z tego muzeum nie wynieśli.
Pozwiedzaliśmy pokój poświęcony produkcji chleba w Rosji. Wszystko tu jest wymieszane w czasie. Patron i założyciel muzeum stoi na cokole i sroży się brwiami jak Breżniew, a pod torsem ma napisane – w pochwale za trud socjalistycznej, dobrej roboty. W pokoiku ‚chleba’ malunki i zdjęcia jako żywo wyciągnięte z zaprzeszłej epoki. Kiedy twarze roześmiane na tle snopków słomy znaczyły więcej niż udręka z powodu wielkiej na dziesięć centymetrów tarki, na nowej drodze. Wtedy nawet drogi całorocznej nie było. Ludzie tu żyli w izolacji od świata, ale to był ich świat, więcej nie potrzebowali do szczęścia, prócz chleba i sało na zagrychę. Wtedy w Tojbokoj mieszkało prawie 3000 ludzi, dziś coś koło 1700. Reszta wyemigrowała w latach ’90-tych, kiedy nagle informacja ze świata przyszła, że świat istnieje i jest ciekawszy od tego jaki mają tu na zabitej dechami wsi. Drogę zrobili dużo później, teraz można w Tojbokoj w sklepie nawet banany z Hondurasu kupić, albo najnowszy model automatu do kawy z Italii. Ci co zostali, już nie chcą wyjeżdżać. Tutaj im żyć, tutaj budują swój świat. Mają plac zabaw dla dzieci, w pobliskim lasku, o którym legendy już stworzono przez ostatnie trzysta lat, mają piękne okazy drzew, wiaty i amfiteatr. A obok zbudowali tradycyjne miejsce na isyk, największe święto Jakutów, jakie corocznie odbywa się w czerwcu. Niby tu wszyscy do cerkwi chodzą, ale isyk w równonoc odprawiają. Mają serge, takie tradycyjne, zrytualizowane koniowiązy, wielkie pale drewniane, bogato zdobione, w dawnych mitach opisywane, stawiają je w linii wstającego słońca w czerwcu. Coś jak tańce gospel u czarnych w USA, albo mieszanka Buddyzmu i Bon w Tybecie. Po co porzucać stare, skoro zaspokaja potrzeby lepiej niż nowe. Przyłączmy nowe do starego. Nam, polskim Słowianom taki zabieg jest bardziej obcy.
Dla tutejszych istotne jest każde drzewo, ławka zrobiona z jakiejś tam okazji, salka dla dzieci co przychodzą śpiewać tradycyjne pieśni jakuckie z panią od muzyki, salka botaniczna z jeżem w klatce i żółwiami w akwarium, salka z rzeźbami z korzeni drzew, bo miestny artysta takie rzeźby lubi. Wszystko to jest nasze, przynależy do naszej grupy, jesteśmy z tego dumni, bo sami to stworzyliśmy ten nasz świat. Jakuci z takich wiosek nie mają gdzie uciekać, mogą tylko emigrować, szukać szczęścia w szerokim świecie. Większość woli zostać i budować nową rzeczywistość w domu. Miasteczka białych kolonizatorów Syberii, są inne. Oni zawsze mają alternatywę. Zarobić na bilet i polecieć do domu, do Europy. Tutaj są tylko tymczasowo, tak długo jak się to opłaca, jak długo da się wytrzymać, jak długo nie będzie do czego wracać. Z takim nastawieniem budują inną rzeczywistość, inne miasteczka. To nie dziki, amerykański Zachód. Tu na Syberii jest więcej żółtych, mają swoje wsie i miasta, a biały jest tylko okrasą, przyjezdnym. W USA biały tworzył całą rzeczywistość nowoczesnego świata, a Indian zepchnął do rezerwatów.
Ale wracajmy do muzeum. Pani Marta powiodła nas na pięterko. Tam było ciekawej. Na dłużej zatrzymaliśmy się przy starym łuku, jaki dzieci znalazły na prehistorycznym grobie w tajdze. Tutejsze łuki robi się z wielu warstw, różnych materiałów. Już pradawni Jakuci wiedzieli, że kompozyt jest bardziej wytrzymały od litego materiału. Tradycyjny łuk z muzeum w Jakucku ma siedem warstw. Ten z Tojbokoj ma ich trzynaście, w tym jedną z kości. Wysłano łuk do laboratorium w Holandii, gdzie miano zbadać pochodzenie kości. Nie można jej było genetycznie przypasować do żadnego ze znanych zwierząt, a nawet mamutów. Ostateczna diagnoza podsycała hipotezę, że może to kość dinozaura. Więc w muzeum, tuż obok powieszono stary kaftan szamana, nie wiadomo z którego wieku, ale na pewno starszy niż z XIX wieku. Na takich kaftanach wiesza się ozdoby mające symbolizować duchowych pomocników szamana. Najczęściej są wykonane z kości, albo z metalu. Jakuci dość wcześnie potrafili wykuwać stal. Są zapiski najstarszych, białych kolonizatorów, mówiące że stal Jakutów nie odbiegała stali niemieckiej. No więc jednym z pomocników tego szamana, co jego kaftan wisi do dziś w muzeum w Tojbokoj, był dinozaur. Jest taka blaszka jako żywo wyjęta z animowanych filmów hollywoodzkich.
Pani kustoszka na siłę wepchnęła nam do głów masę informacji o tradycji dawnych Jakutów. Od znaczenia pojedynczych kresek na drewnianych kubkach do picia kumysu, przez sens istnienia lejka w kołysce dla dziecka, po znaczenie długich rączek do żeliwnej gofrownicy. Każdy z eksponatów ma swoją historię, każdy został podarowany przez osobę znaną z imienia i połączeń rodzinnych we wiosce. Na razie tak jest… ale kiedy pani Marta kopnie w kalendarz, muzeum stanie się kolejnym niemym pudłem na starocie. Ot chociażby takie drewniane, brzozowe pojemniczki na maleńkie ptaszki utknięte we włosiu z renifera i tłuszczu krowim. Szaman takie tworzył dla kobiet nie mogących zajść w ciążę. A rodzina bez dzieci w dawnych czasach, to jak samochód bez przeglądu rejestracyjnego w Unii Europejskiej. Wieszało się takie brzozowe puzderka u powały w sypialni i czekało na efekt. To z muzeum przynieśli pra- do czwartej potęgi -wnukowie tych, którzy zamówili rytuał u szamana. Jest z tym związana cała, skomplikowana tradycja, jeśli urodzi się syn to trzeba zrobić z pudełkiem to, a jeśli córka to to… kto by to spamiętał. My są tylko etnografy amatory. Ciekawe jest jednak przywiązanie do tradycji, bojaźń przed jej uchybieniem. Wdrukowana w jakuckie głowy, jak w polskie – bój się boga! Bój się wyższej instancji, jak na primier pierwszego sekretarza, albo carskiego gubernatora. Władzy trzeba się bać, inaczej prawa nikt nie będzie szanował. Inaczej niż to było w skeczu z kabaretu Dudek – teraz sama świadomość wystarczy. Tak mógł odpowiedzieć tylko człowiek świadomy, a przecież o uświadamianie ciemnego ludu w ideologii socjalistycznej chodziło. Tacy Jakuci skorzystali na tym bardziej niż Polacy.
– No a gdzie szaman? – oczywiście Iwona zapytała. Tutaj teraz częściej spotkać można ‚ekstrasensa’ co ma ręce, które leczą i liczą. A szamana nie ma. Tak odpowiadają zdziwieni Iwony pytaniem Jakuci na wsi. Jakbyśmy pytali gdzie macie łuki i strzały w kołczanie, albo jeźdźca na koniu, cośmy dopiero dziś takiego po raz pierwszy w Jakucji zoczyli. Tradycja jest po to aby była naszą tożsamością społeczną, a nie żywym organizmem, aby dawała nam tą przyjemną, bezpieczną iluzję niezłomnego trwania, z pokolenia na pokolenie, że jesteśmy kimś, coś znaczymy, gdzieś się znajdujemy. Nawet nowocześni ludzie z Zachodu przywiązują się do jakichś ram społecznych aby wpisać się w jakichś obraz. Nie bez kozery jedną z najcięższych kar w wiekach dawnych była banicja, a nie śmierć. Banicja wyrzucała poza wszelkie ramy i nikt takiego nie przyjął do swojej wspólnoty. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i bez stada żyć nie za bardzo potrafi.
Teraz mamy w Jakucji satelitki, japońskie samochody, autobusy do Mirnego i Jakucka, samoloty, internet… na co nam szaman do szczęścia. Na razie nauka białych wszystko nam tłumaczy, a jak się zderzymy z czymś niewytłumaczalnym, to pobiegniemy do szamana, zawsze jakiś się znajdzie. Taka była odwieczna rola szamana, tłumaczyć to co nieznane, przygotowywać na niespodzianki losu, zaklinać wreszcie ten los, aby był nam powolny. A rytuały jakie wokół tej celebry tworzono, miały nadać podniosłości całej ceremonii, wzbudzić szacunek wiernych, zupełnie jak liturgia w europejskich kościołach.
Jeszcze słów kilka o jakuckim kumysie. Nigdzie go tu nie można kupić. Ale Iwona zmęczyła panią kustoszkę i ta zaprowadziła nas do gospodyni, która sprzedaje kumys. Nie smakował jak ten z Kirgizji czy Mongolii, był słodki. Może zmienili recepturę aby w nowożytnych czasach bardziej godnie smakował, może nawet nie robią go z mleka klaczy, ale z krowiego. Coś jak nasze oscypki, są coraz mniej oscypkami. Jednak najlepszy kumys jest ze sklepu, ten kazachski, albo baszkirski.
Ale dość o Tojbokoj. 32 kilometry dalej musieliśmy czekać w skwarze półtorej godziny na prom. Bo są tylko dwa. Przeprawiają samochody na zmianę, tak się umówili. Więc jak jest kolejka to ten co właśnie przypłynął nie może zabrać klientów. Trzeba czekać na kapitana z drugiego promu. A on je obiad. Zresztą nie popłynie dopóki nie zobaczy klientów na drugim brzegu Wiljuja. Bo po co płynąć, szmalu to on ma dużo. Pływanie za pieniądze go już nie interesuje, co najwyżej dla rozrywki. Ma Toyotę i oryginalną przyczepkę ze skuterem wodnym. Pewnie na zimę ma skuter śnieżny. Ale barka wygląda jak ruina co ją piranie ogryzły, kuter co nią targa rzęzi silnikiem. Jak to dobrze, że to ostatni prom w tej trasie. Mam ich serdecznie dość.
Zanocowaliśmy nad rzeką 25 kilometrów przed Mirnym. Nawet nie było owadów. Można było się kąpać, dopiero wieczorem przyleciały meszki, milimetrówki. Założyłem więc kąpielówki i brodziłem po płytkiej wodzie i żwirowych łachach, jak jakaś czapla. Brakowało mi tylko chustki z zawiązanymi rogami na głowie, bo słońce wciąż paliło. Dopiero ranek przyniósł zmianę pogody. Nareszcie zrobiło się chłodno, jak na Syberię przystało. Od razu 18 stopni. Teraz można żyć. Na dodatek w nocy popadało, więc nie będzie się kurzyć na drodze. Droga do Mirnego okazała się dość dziurawa i zatłoczona ciężarówkami. Posterunek DPS przed miastem opustoszały już od dawna, okna zabite blachą falistą. Tuż za stacją paliw skręciliśmy w kierunku kopalni diamentów. W tej okolicy wyciąga się z ziemi wszystkie, rosyjskie diamenty, czyli 25% światowego wydobycia. Tylko 20% z tego to diamenty przemysłowe, reszta ma zastosowanie w jubilerstwie. A sklepów z diamentami nie ma. Pewnie nie ma tu dobrych rzemieślników od szlifowania. Paliwo na stacji w cenie jak w Jakucku. Kopalnia pokładów kimberlitu wygląda jak ogromny, tak ponad kilometrowej średnicy, lej w ziemi. Samej rurki lejka, wchodzącej w głąb na ponad kilometr już nie widać z platformy widokowej. Zbudowano ją dość dawno z podwozia dawnej, gigantycznej koparki. Na pierwszy rzut oka otoczenie podobne do naszego Bełchatowa, ale jednak to Rosja. W mieście ulice są asfaltowe, ale dojazdówki do kopalń, są jeszcze dwa takie leje z diamentami, są szutrowe i dziurawe, pełno na nich ciężarówek i wielkich Biełazów z urobkiem. Samo miasto nie jest duże, coś jak nasze, powiatowe. Spodziewaliśmy się kolejnego Magadanu, z blichtrem i nowoczesnością. Ale to zupełnie co innego. Taki mały Jakuck, tylko sporo jest białych na ulicach. Jakutów jest w tym regionie tylko 7%, aż 10% to Ukraińcy, 69% to biali Rosjanie, ale różnych narodowości. W Mirnym jest siedemnaście klubów zrzeszających różne narody. Większość domów to drewniane, dwupiętrowe szeregowce kryte czerwoną blachą, ale jest też sporo zwykłych bloków z wielkiej płyty, bez finezji kształtów i kolorów. W Kadykczanie wyglądało to lepiej. Jednakowoż widać tu rękę białych Rosjan. Sklepy są duże i wyposażone, ceny jak w Jakucku. Ulice zadbane, ale w charakterze rosyjskim. Trawniki niestrzyżone i zarośnięte brzozami, tak na prawie każdej, szerokiej ulicy. Więc po chodniku idzie się jak w parku miejskim. Z jednej strony te drewniane szeregowce, z drugiej drzewa, a za nimi nowoczesne Land Cruisery po asfalcie śmigają. Gdyby było słońce, to brzozy by nas przed nim chroniły. Na placu, u zbiegu ulic Leningradzkiej i Lenina stoi odnowiony dom partii, ma jednak nowe przeznaczenie, obok nowy hotel oraz dom kultury. Klomby pełne kwiatów, ludzie dobrze odziani ciągle gdzieś biegną, to dzień powszedni. Nie rozpoznają turystów z Polski. Ale my pytamy o pocztę, o sklep z souvenirami, księgarnię i takie tam. Wtedy patrzą na nas lekko zdziwieni, bo kto tu może nie wiedzieć gdzie jest poczta. Pytają skąd my się tu wzięliśmy, a jak słyszą że z Polski, to oczy wybałuszają. Do Bełchatowa nikt nie pielgrzymuje z drugiego końca świata, bo leży w samym środku cywilizacji. Rosjanin z Jakucji w Bełchatowie nie zrobiłby szczególnego wrażenia. Ale gdyby Bełchatów przenieść na kraj świata, to zupełnie insza inszość.
W Mirnym trudno znaleźć coś ciekawego oprócz tej dziury w ziemi widocznej z platformy widokowej. Są jeszcze ciekawe, bo stare zdjęcia z czasów poszukiwań diamentów, tuż po wojnie. Są nowe pomniki upamiętniające dawnych geologów i ich trud. Ale tak na prawdę liczy się tylko dziura w ziemi. Robi wrażenie, zwłaszcza jak się zobaczy jakiegoś Kamaza jadącego jej koroną. Jest taki mały jak mrówka dla słonia. Kopanie tego leju skończyli w 2001, teraz idą w głąb, szyjką lejka. Kimberlit to taka skała nadziana diamentami jak dobra kasza skwarkami. Wynaleźli to to w RPA, w Kimberley. Szukanie tych słupów zaczęto już przed wojną, ale kiepsko szło, nie wiedziano jak tego szukać. Nie było metod geologicznych, tak jak dziś. W końcu jakaś geolożka wykombinowała, bazując na odkryciach swych poprzedników, że należy szukać tam gdzie są propy. To takie czarno-brunatne ziarna, które zwiastują diamenty. Dostaliśmy kilkadziesiąt tych ziaren od pani kustoszki z Tojbokoj. Pamiątka z muzeum i to nie wyprodukowana w Chinach. Wykopana z ziemi, dawno temu.
Z Mirnego wyjechaliśmy żegnani przez policjantów. Mieli jakąś akcję. Sprawdzili nam papiery, nakazali umyć tylną rejestrację i życzyli szczęśliwej drogi. Oni inaczej nie potrafią, to jak – dziękuję i zapraszamy ponownie – z naszej Biedronki. Pojechaliśmy na południe, w kierunku Leńska, nad Leną. Droga nie była przyjemna i mocno zatłoczona ciężarówkami dowożącymi zaopatrzenie do kopalń ze statków na Lenie. Nie szło nam dobrze, więc zatrzymaliśmy się na nocleg na starym kamieniołomie. Na następny dzień zostało jeszcze 147km tej dziadowskiej drogi. Wydobywają tu diamenty, a nie stać ich na zbudowanie porządnej drogi. To jest właśnie ruska mentalność. Dziś od tej trzęsawki przez ostatnie 4800 kilometrów po syberyjskich drogach, przetarła się aluminiowa rurka od przednich hamulców. Trochę cieknie, ale można jechać. Oficjalnie jednak stwarzam zagrożenie w ruchu ulicznym, a gdybym tak trzepnął małą dziewczynkę co wbiegła mi pod koła za piłeczką, to by mnie za tą rurkę posadzili. Bo mała dziewczynka to uosobienie niewinności, które należy otoczyć kordonem bezpieczeństwa. Doskonale nadaje się na pokazanie absurdów ludzkiej mentalności społecznej, biurokracji i całej te nowoczesnej idei zastępowania obywatelskiej wyobraźni i odpowiedzialności za własne czyny nieżyciowym przepisem. Na dodatek nowi ludzie wierzą w te przepisy jak Polak w katechizm. Łamią je, ale już nie widzą w nich absurdu. Media nauczyły ich wierzyć, że te przepisy budują społeczne bezpieczeństwo. Na Zachodzie ludzie są głupi, ale my, postkomuniści, przecież zawsze łatwo przychodziło nam oddzielanie ziarna od plew propagandy. Tu w Rosji ciągle nas pytają czy mamy papiery na taką przeróbkę Toyoty na dom. Czy policja się nas nie czepia. Mają tutaj już dolny limit EURo4 na importowane samochody. Pewnie te bezkrytycznie oglądające jaszczik, znaczy telewizor, dzień w dzień istoty, uwierzyły że władza dba w ten sposób o środowisko. Uczmy się intensywnie żyć, bo dobre czasy tak szybko odchodzą.
W końcu, po trzech godzinach tej trzęsawki dojechaliśmy. Ostatnie dwadzieścia kilometrów do Leńska, jechaliśmy jak we mgle. Ledwo dostrzegaliśmy tajgę na poboczu drogi. Wszystkie te ciężarówki z kontenerami i paliwem robiły taką kurzawę z szutrowej drogi. Asfalt zaczął się dopiero w samym mieście. A miasto w charakterze wiejskim. Jak to w Rosji się mówi – pasiołok goradskowo typa. I tak rzeczywiście jest. Stoi tu sporo drewnianych bloków i trochę z wielkiej płyty, pooddzielane są kratką ulic obsianych brzozami. W ogóle nie widać nowoczesności, czy wielkomiejskiego charakteru. Na obrzeżach tego konglomeratu brzóz i bloków, rozpleniły się jak podgrodzie, drewniane domki jednorodzinne z plątaniną szutrowych uliczek. W sumie miasteczko zajmuje pewnie tyle samo miejsca co Mirny. Za to ma dość uroczą promenadę nad Leną. Chodnik w stylu rosyjskim, biegnie po wysokim brzegu rzeki, od piaskowej plaży na południu, przez nowocześniejsze blokowiska z pięknym widokiem z balkonów na rzekę i przeciwległe, zalesione góry, po port z kilkoma, wielkimi żurawiami do przeładunku statków, stojących na Lenie w kolejce. Chodnik nieco koślawy, pozalewany po wczorajszym deszczu, nie ma kanalizacji. Ale jest nowy pomnik woźnicy z trójką koni i iglica z kozacką barką na szczycie, barką założycieli miasteczka. Mają taką w herbie. Woźnica ma symbolizować człowieka, który okiełznał tutejszą przyrodę, a może piętno skrzyżowania szlaków transportowych, jakie Leńsk nosi od zawsze. Kiedyś Leńsk nazywał się Muchtuja, istniało na potrzeby zaopatrzenia carskich kopalni złota w okolicy rzeki Witim. Potem, kiedy w 1955 roku odkryto po długich poszukiwaniach diamenty, stało się głównym i jedynym portem przeładunkowym zaopatrzenia dla Mirnego, nowego miasta zbudowanego tylko na potrzeby kopalń diamentów i w 1963 zmieniono mu nazwę na Leńsk. Mieszka tu 78% białych Rosjan i 10% Jakutów, a przecież to oni założyli pierwszą wieś w tym miejscu Leny. Nazwa Lena pochodzi z języka Ewenków i oznacza ‚wielką rzekę’.
Dość dużo pospacerowaliśmy po mieście. Najpierw poszukiwaliśmy księgarni, bo tam Iwona od kulturalnych ludzi dowiaduje się czegoś o mieście. Potem szukaliśmy pomnika na brzegu Leny, a potem sklepu spożywczego. Sklepów w Leńsku jest dużo, oczywiście poukrywane po parterach bloków, ale sklepów spożywczych jest niewiele, a samoobsługowy chyba tylko jeden i w dodatku mały. Mieszka tu sporo ludzi bogatych, nie wiem gdzie oni robią zakupy. Obeszliśmy całe centrum, kilkanaście ulic na całej długości. Panuje tu już noworuska atmosfera mająca niewiele wspólnego z Jakucją. Kręcą się samochody z oklejonymi na czarno szybami, dudniące basową muzyką, albo raczej antymuzyką. Spacerują młodzieńcy ubrani w jakieś koszulki z nadrukowanymi barwami flagi Rosji, albo wizerunkami groźnych zwierząt, typu orzeł, albo tygrys, zresztą te same obrazki mają na samochodach z obniżonymi zawieszeniami. Pewnie nigdy nie wyjeżdżają z miasta, bo jedyna droga dojazdowa to dziurawy szuter. Im mniej pewni swej siły się czują, tym większą potrzebę odczuwają by ubierać się w emblematy kojarzące się z siłą. Napakowane mięśnie, buńczuczna mina, specyficzny chód podobny do robokopa, ze sztywną klatką piersiową i rozkołysanymi biodrami. Pochylone czoło jak u byka, wielkie łapska kołyszące się jak u goryla. Ciekawe czemu nie noszą wojskowych, albo po prostu wielkich butów myśliwskich, tylko jakieś ciżemki, albo pedalskie, białe adidasy. Odzież w charakterze kombinezonu w maskujących barwach, kupowana w sklepach dla wędkarzy i myśliwych, powoli odchodzi, wraz ze starzejącym się, pierwszym pokoleniem łobuzów, tych z lat ’90-tych. Ci nowi ubierają się po nowoczesnemu, najlepiej zdecydowana czerń i biel. W każdym kraju takich durniów można znaleźć, w jednym więcej w innym mniej. Nawet w Australii… pamiętam yobo w wielkich pick-upach. Tu w Rosji etos płci jest silniejszy niż w innych krajach. Prosty facet szuka prostych sposobów na uwydatnienie swej męskości. Prosta dziewczyna także nie przebiera w środkach. Co ciekawe w wyższych sferach społecznych też można zauważyć pewne cechy silnej kreski zarysowującej granice płci. Może więcej w nich finezji, kultury, ale na pewno coś takiego jak unisex w Rosji nie egzystuje. Nawet w stolicy, kiedy widzi się młodych chłopaków, stylizujących się w najnowszej, zachodniej modzie zniewieściałego mężczyzny, to jednak starają się zaakcentować swoją odrębność od obozu dziewczyn. Podróżując po jakuckich wsiach i miasteczkach, zapomniałem już o tym rosyjskim stylu. Na Kołymie nie był tak widoczny.
Pani w księgarni powiedziała Iwonie, że studiuje historię kontaktów rosyjsko-polskich, z powodu nagonki na polskich nacjonalistów w rosyjskiej telewizji. Pani w warzywniaku powiedziała, że Polaków lubi mimo tego co mówią o nich w telewizji. Prawie codziennie ktoś nam mówi o złym wizerunku Polski jaki się sprzedaje w rosyjskich mediach. Ale to także wina Polaków, zwłaszcza tych ze wschodniej połowy Polski, co bardziej identyfikują się z kościołem, ale nadal nie potrafią zrozumieć idei swoich dawnych biskupów – przebaczamy i prosimy o wybaczenie. My przy okazji wizyt w sklepach, czy kawiarniach, słysząc rosyjskie media, bez trudu wyławiamy jedno słowo, padające bezustannie – terrorysty. Też im tu głowy ładują strachem, jak na Zachodzie.
Zanocowaliśmy na publicznej plaży za miastem. Kręci się tutaj sporo samochodów, widzieliśmy dwa obozy namiotów, chyba jakieś grupy turystów. Ile ja już takich rzek widziałem, zawsze poza sezonem deszczy. Leńsk jest trochę podobny do Varanasi. Tam też całe miasto leży na lewobrzeżu, a z wysokiego brzegu widać pustkę po przeciwległej stronie. W Leńsku widać pustą plażę zarzuconą drewnem przyniesionym przez wodę i stromy stok wysokiego łańcucha szczytów. Pewnie na wiosnę woda idzie sporo w górę. W 2001 mieli powódź, wtedy Lena podskoczyła o 21 metrów. To samo widziałem w Vientiane, nad Mekongiem, albo Phnom Penh też nad Mekongiem. A w Australii rzeka Fitzroy prawie nie istniała kiedy ją przekraczaliśmy. Dwa miesiące później rozlała się na kilkanaście kilometrów i podniosła prawie 50 metrów. Muszę kiedyś zobaczyć taką wielką rzekę w czas deszczy, albo roztopów. Czas też przyjechać wreszcie na Syberię zimą.
Późnym wieczorem otrzymaliśmy maila od Nataszy z Jakucka z pozwoleniem na przejazd drogą do Ust-Kut. Rano pełni nadziei zatankowaliśmy trochę paliwa, wody i pojechaliśmy 15 kilometrów pod szlaban, gdzie zaczyna się droga wzdłuż rurociągu gazowego. Srogi Sierioża spojrzał tylko na nasz propusk i odsunął go z miną gubernatora, który nie da się nabrać na tanie chwyty – to razrieszenie na przejazd z Witimia do Kirieńska, na inną firmę, nasza droga należy do TransNeft Wastok i tu potrzebne jest inne pozwolenie. Nie dał się przekonać ani na litość ani na wziatkę – to droga strategiczna, nielzja bez pozwolenia! Ładują im do tych tępych łbów takie pierdoły, aby mieli czym Rosjan straszyć, na człowieku z Zachodu, z rozszerzoną świadomością, to nie robi wrażenia. A więc mamy pozwolenie na połowę drogi, tą drugą połowę. Aby do niej się dostać, trzeba przefrunąć, albo popłynąć Leną, albo poczekać do zimy i pojechać po lodzie, normalnie zimnikiem jak normalni Rosjanie.
Co jest z tymi Kacapami!? Przecież możnowładcy, decydenci jeżdżą na wakacje, na Zachód, widzą jak to powinno być zorganizowane, wracają i co… nic nie chcą zmienić w domu? Jak moi rodzice raz pojechali na Zachód na początku lat ’90-tych, pomieszkali w lux hotelach, to po powrocie od razu zachciało im się remont domu i ogrodu zrobić, bo wstyd siedzieć w domu, kiedy w zachodnim hotelu lepiej. A taki Ruski wyjeżdża, wraca do swojej rzeczywistości i nadal jeździ terenowym Lexusem przez swoje miasto, codziennie do domu, po takich dziurach, że trzeba zwalniać do 5km/h… i nic nie robi, chociaż jest tu burmistrzem. Inny, dyrektor ma drogę w gestii swojej firmy od rurociągów gazowych. Widzi, że ludzie chcą jej używać i co… kopiuje sowieckie pomysły na produkcję papierów, przesyłanie jakichś formularzy, stawianie szlabanów z głupkami, co zgrywają panie sklepowe z ruskich sklepów, jedzą to poczucie władzy jak poranne musli, bez niego zdechnie im poczucie osobistej godności. Przecież można postawić budkę ze szlabanem, z kamerą, z panią co kasuje szmal, niech nawet wypisuje kwitancję i robi zdjęcie tęczówki, ale niech to działa jak na francuskiej autostradzie. Każdy będzie korzystał, firma zarobi, cywilizacja przyjedzie, dyrektor, który tu mieszka będzie się cieszył, że w cywilizowanym mieście mieszka. Żona z córką od niego nie ucieknie do Moskwy, do lepszego świata. Co jest w tych ruskich łbach!? Od 26-ciu lat nie ma komuny, a oni nadal jadą na programie wujaszka Stalina. Trzeba ich wszystkich wysłać na upgrade ROMu!
Dziś też dostałem maila od kolegi Mariana. W tym roku po raz pierwszy w życiu wybrał się na prawdziwą wyprawę do Azji centralnej i od razu poczynił wiekopomne odkrycie. Zauważył, że jak się żyje w takich miejscach gdzie nic nie ma, jest tylko jeden sklep, jeden mechanik, jedna droga asfaltowa w dodatku dziurawa, to łatwiej przystaje się na totalitaryzm, bo jest się nauczonym przyjmować życie takim jakie jest, bez protestu i cieszyć się z każdej drobnostki, nawet jak się uda po trzech godzinach kolędowania od urzędu do urzędu, wysłać fax. Brawo Marian… jeden strzał i od razu w samo sedno.
Wróciliśmy do miasta. Pojechaliśmy do siedziby TransNeftu, tam nas odbili, jak piłeczkę pingpongową z piosenki Wojtka M. Kazali wejść na stronę firmy, ściągnąć sobie formularz, wydrukować, wypełnić, przesłać faxem i czekać na pozwolenie dane od boga gazowniczego. Sam ma do nas zadzwonić. Poszliśmy do agencji turystycznej, dwie miłe panie od razu się nami zajęły. Weszły na stronę, ściągnęły, wypełniły i kazały przyjść za godzinę, bo chcą zadzwonić do siedziby TransNeftu i sprawdzić co dalej. Przyszliśmy. Powiedziały, że nie wiedzą co dalej, sami musimy sobie poradzić, a najlepiej iść do urzędu gminy, oni urzędnicy, to pomogą. A więc dalszy ciąg spychologii. Ciągle program wujaszka – ja nie wiem, ja nie chcę brać odpowiedzialności, nie chcę zarobić szmalu, ani guza od władzy. Taka Rosja. Więc dalej sami pchaliśmy sprawę. Teraz siedzimy na plaży Leny i czekamy na telefon od boga gazu.
Zawsze powtarzałem, że wolę korupcję od biurokracji Unii Europejskiej. I… gryzę wąsa jak pan Michał, ale nadal tak twierdzę. Rosja nadal pracuje na programie komunistycznym, jak kiedyś Polska za komuny. Jak chciałeś cokolwiek załatwić to nie szedłeś w ogóle do urzędu. Urzędy były dla maluczkich i turystów z Zachodu, oni nigdy nic nie załatwili. Trzeba było znaleźć odpowiedniego człowieka, który znał Zdziśka, a jego żona pracuje w sąsiednim urzędzie i ma koleżankę co jest sekretarką piątego zastępcy boga gazu. W Unii jak nie wolno, to nie wolno, a w skorumpowanym kraju, wszystko wolno, tylko trzeba mieć dojście, nawet szmal nie potrzebny. Gdybyśmy jakoś trafili na człowieka z wyższych sfer leńskiej biurokracji i wypili z nim kielicha, to następnego dnia, zanim kac by wywietrzał, mielibyśmy pozwolenie, a może nawet helikopter transportowy do Ust-Kut, gdyby przypadkiem napatoczył się na imprezę jakiś wojak z gwieździstymi pagonami. Ale jak zadzierzgnąć taką znajomość i wejść na pierwszy szczebel drabiny korupcji? Ech gdybym był nieodżałowanym Jurkiem Dobrowolskim z filmu „Nie ma róży bez ognia”, to za godzinę bym miał pozwolenie. Fujara losu zawsze zostanie fujarą, a człek obrotny znajdzie się w komunie, Unii i nawet na wyspach Hulla Gulla.
Jedno co mi w starości przeszkadza, to że młodzież nie chwyta starych skojarzeń. Niedawno podróżowałem z takimi dwoma młodzieńcami, fajne, rezolutne chłopaki, ale wszystko im trzeba tłumaczyć. Oni zresztą też musieli mi wszystko tłumaczyć. Jakbyśmy z różnych krańców świata pochodzili. Skojarzenia z dawnych czasów wydają się nam niezniszczalne, nie do wytarcia, nawet kiedy systemy się zmieniają. Ale one się starzeją razem z nami. Odchodzą Dudki, Bareje, różne Wojtki, Jurki, Wieśki, Staszki, a z nimi sens tych skojarzeń jakie zbudowały naszą świadomość. Potem młody przyjdzie, walnie coś swojego, z jego świata, który nam wydaje się zbyt naiwny, głupi i nic… nie ma przejścia międzypokoleniowego. Ja żyję słowem pisanym, więc mi jeszcze trudniej to zaakceptować. Mogę tylko w geście protestu, nie maziać palcem po ekranie. Tylko jak długo będą jeszcze produkować klawiatury i myszki? „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść…”
Wieczorem układaliśmy sobie różne projekty rzeczywistości jaka nas czeka następnego dnia. Trudziliśmy się za los, wyszukując możliwości, te nam nie sprzyjające i te dla nas przychylne. Usprawiedliwialiśmy wrogich nam urzędników TransNeftu, a potem ich ganiliśmy za brak empatii. Wszystko to na nic, bo rankiem okazało się iż pozwolenia nam odmówiono. Iwona zadzwoniła do głównej siedziby TransNeftu w Bracku i kolejny srogi Sierioża krótko wyjaśnił nam, że nie ma obowiązku dawać żadnych wyjaśnień. Czy prywatny, czy państwowy urzędnik rosyjski, nadal zachowuje się jak radziecki. Ukrywa się za pancerną blachą formalności i pilnuje aby przypadkiem się nie wychylić, nie być człowiekiem, albo po prostu miłym. Kilkadziesiąt lat doświadczenia, nauczyło kilka pokoleń Rosjan takiej postawy ‚nastroszonego jeża’. Jednak zadziwiające jest jak łatwo ten wizerunek człowieka ze stali łamie się i kruszy pod naciskiem uśmiechu i czesania pod włos. Niejeden srogi Sierioża błyśnie wtedy złotym zębem w uśmiechu, ale bardziej ludzki już boi się stać. No cóż… pojechaliśmy zaokrętować się na prom.
Na błotnistym parkingu przy jeszcze bardziej błotnistym, stromym zjeździe z wysokiego brzegu Leny, stało już kilka ciężarówek. Kierowcy się znali, pewnie robią w lecie kilka kursów z dobrem wszelakim dla jakuckich sklepów i ciągle się spotykają na promie, albo jedynej drodze. Krótko wyjaśnili nam co i jak z płynięciem barką. Do nabrzeża właśnie przybijała podwójna, wielka barka z ciężarówkami i kilkoma samochodami osobowymi. Obok pracowały dwa, pływające dźwigi, rozładowujące inne barki z kontenerów i konstrukcji stalowych. Czas lata jest tu krótszy od czasu zimy, kiedy rzeka jest zamarznięta i port nie pracuje. Nie ma więc wielkiej potrzeby budowania kolejnego nabrzeża, jedno już jest, ale chyba za drogie dla prywatnych barek, albo nie nadążające z rozładunkami przy pomocy sześciu, wielkich dźwigów wmurowanych w betonowy port. Nasze nabrzeże ciągle odbudowuje jedna fadroma. Tu podrzuci nieco żwiru wyciągniętego z rzeki, tam wyrówna, a jak obciążony ponad miarę TIR nie może wyjechać stromo pod górę z barki, to go wyciągnie. Dziś pada deszcz, taka zabawa w błocie trwała do wieczora. Najwięcej czasu zajmowało manewrowanie ciężarówkami na barce. Tak ciasno je ustawili, że teraz nie było łatwo nimi wycofać. Na jakimś nędznym baraku dla pracowników dźwigowych, ktoś zawiesił powyginane znaki, obwieszczające obowiązek noszenia porządnych butów, a nie szoferskich klapków, kasków ochronnych, kamizelek odblaskowych. Do przepisów stosowali się tylko pomocnicy dźwigowego. Kamazy i najnowsze Volvo kręciły się z kontenerami na ciasnym placyku bez jakiegokolwiek porządku. Dźwigi szybko wynosiły w powietrze pordzewiałe, poobijane i powyginane, stare kontenery z rosyjskimi napisami. Łatwo było poznać, które są puste, do zwrotu, przyczepiali je tylko dwoma linami, pełne czterema. Na barkach układano je bez spinania śrubami, tak samo jak na ciężarówkach. Mają się utrzymać swoim ciężarem, a na Lenie nie ma przecież fal. Stawiano je w dwóch poziomach. Stare Kamazy wywoziły mniejsze skrzynie drewniane i konstrukcje stalowe do pobliskich zakładów pracy. Nie wiązali ich, to ledwie kilometr lub trzy. Kiwały się na dziurawej drodze, ale jakimś cudem żaden ładunek nie spadł z naczepy.
Iwona podreptała do szefa załadunku barki samochodowej. Dima sprawnie zapisał nas na listę oczekujących na załadunek, na pozycji dwunastej, na jutro, na ósmą rano. Podał cenę 7200RUB za każdy metr długości samochodu, plus 5000RUB za załadunek i rozładunek, plus 1000RUB od człowieka za korzystanie z ubikacji i prysznicu na barce, podczas czterech dni płynięcia po Lenie. Tyle czasu zabiera pokonanie prawie 800 kilometrów rzeki z Leńska do Ust-Kut, pod prąd nurtu Leny. To zaledwie piąta część długości, spławnej części tej najdłuższej rzeki Azji. Wyszło więc około 2450zł za fracht, po odjęciu paliwa jakiego nie spalimy na prywatnej drodze TransNeftu. Ciężarówki wracające z północy płacą 6600RUB za metr pojazdu. Kiedy jadą z towarem z południa, płacą 7200RUB. Swoją drogą jak to wszystko jest po rusku pomyślane. Ludzie mają prywatne ciężarówki, w większości używane TIRy z Europy, ale także małe solówki Hino z Japonii. Ładują towar do przeładowania, płacą łapówki na kontroli wagi, płacą za promy poważne pieniądze, wracają na pusto, szybko niszczą swoje pojazdy na tych nędznych drogach, a jednak im się opłaca. Właśnie z tego powodu są takie ceny w sklepach, w Jakucji. Towarów barkami się nie wozi, jedynie materiały budowlane i paliwo dla kopalń. Cała reszta jeździ prywatnymi ciężarówkami, w zimie po zimnikach. Najgorzej jest na przełomie pór roku, kiedy drogi toną w błocie i dziurach, promy nie pływają bo kra, mosty lodowe na rzekach się łamią pod ciężarówkami, albo dopiero trzeba te mosty zamarznąć, czyli zbudować. Chciałbym zobaczyć jak sobie radzą z zaopatrzeniem w Kanadzie, bo w Skandynawii nie robią z tego takiego halo jak Sybiracy, a mrozy podobne. Po prostu trzeba zbudować drogi i mosty, a w Rosji wszystko prowizorka na dziesięciolecia. Bułgarzy, którzy pracowali w tajdze, w Republice Komi ścinając drzewa, zbudowali sobie betonowe drogi i mosty, miasteczka z cegły, nawet fontanny na dalekiej północy mieli. A obok pracowały radzieckie leschozy i Kamazami przedzierali się przez błoto tajgi, przepływali w bród rzeki i mówili jaka to ciężka żyźń w lesie. To jest właśnie mentalność rosyjskich inwestorów.
cdn…

Mariusz Reweda

Więcej na stronie organizatora www.kilometr.com