Relacje z imprez

Biwak bez serwisu

Adam Małysz uniknął poważniejszych kłopotów i ukończył pierwszą część maratońskiego etapu, na jaki składają się czwarty i piąty dzień rywalizacji w tegorocznym Dakarze. Na środowym odcinku specjalnym zawodnik Orlen Teamu uzyskał 26. czas. W klasyfikacji generalnej rajdu były skoczek narciarski jest na 18. miejscu. Dzisiejszy odcinek specjalny pętla o długości 429 kilometrów w pobliżu San Salvador de Jujuy  rozgrywany był na wysokości przekraczającej 3500 metrów nad poziomem morza. Warunki te dały się we znaki zarówno samochodowi z numerem 325, jak i jego kierowcy, choć jadący Mini All4 Racing Adam tym razem ucierpiał bardziej niż sprzęt. Auto spisywało się dobrze, choć z powodu rozrzedzonego powietrza w niektórych miejscach trochę słabło. Niestety, problemy miałem ja. Najpierw musieliśmy stanąć za potrzebą. Kazali nam dużo pić podczas przebywania na tych wysokościach. Ze względu na to, że nie było tak ciepło, jak zwykle na Dakarze, nie pociłem się tak bardzo i po przejechaniu może 20 kilometrów od startu strasznie, ale to strasznie chciało mi się załatwić. Parcie na pęcherz było tak mocne, że nie było wyjścia i po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach musieliśmy się zatrzymać. Po tym postoju od razu jechało mi się lepiej. Później jednak, może 100 kilometrów przed metą, znowu odczułem wpływ uciążliwej dla organizmu wysokości i zaczęła mnie boleć głowa. Ale cóż, takie są uroki tego rajdu. Potem zaliczyliśmy jeszcze kolejny postój. Postawiliśmy na koła Martina Prokopa, który dachował 20 kilometrów przed finiszem. Pomagam więc nie tylko kierowcom z teamu Mini, ale każdemu, kto potrzebuje pomocy powiedział Małysz. Do zwycięzcy czwartego odcinka specjalnego Stephanea Peterhansela nasz reprezentant stracił 21 minut 30 sekund. Ważniejsze jednak było to, że na trasie nie uszkodził samochodu. Załogi nie mogą bowiem korzystać dzisiaj z pomocy mechaników. Po dojechaniu na biwak w Jujuy wolno tylko zmienić opony (choć też jest ich ograniczona liczba) oraz umyć auto, które zostanie na noc w zamkniętej strefie. W czwartek rajd wjedzie do Boliwii, a kierowców i ich pilotów czekają kolejne wyzwania. Mający długość 327 kilometrów odcinek specjalny rozpocznie się na wysokości 4500 metrów nad poziomem morza, a trasa wiedzie jeszcze wyżej, na rekordowy w historii Dakaru poziom 4600 metrów. Dodatkowo skończy się łatwa, szybka jazda po polnych drogach. Ich miejsce zajmą bezdroża, na których łatwo o pomyłki nawigacyjne. Cały etap z San Salvador de Jujuy do Uyuni liczy 642 kilometry.

więcej na www.malysz.pl